Proszę czekać, trwa ładowanie strony...




 


 Ryszard Makowski  -  resocjalizacja

   oraz  inne moje pasje i zauroczenia
 

 Będzie mi bardzo miło, jeśli moje wiersze,

 zdjęcia, refleksje i wspomnienia,

 będą także dla Ciebie subtelną inspiracją

do aktywnego życia i własnej twórczości
 

  http://pl.wikipedia.org/wiki/Ryszard_Franciszek_Makowski  

  Kontakt:    turmak@wp.pl ,  Tel:  799 016 704  
 
  Polecam też swoje książki (w wersji tradycyjnej lub elektronicznej):    
    - "Za murami poprawczaka",  - "Wierszownik"
    - "Nasze studenckie szturmy na zaprzyjaźnione poprawczaki"
    - "Z rodzinnego gniazda" - link: https://ridero.eu/pl/books/zrodzinnego_gniazda/ 
    - "Poradnik zimowego grzybiarza"
           - link: https://www.e-bookowo.pl/poradniki/poradnik-zimowego-grzybiarza.html
  a także wyd. zbiorowe: "Poetycki almanach Kurpiszczyzny",  
"Ze Studziennej", "Kawiarniane strofy","Życiowe drogi absolwentów LP",
"Złota karta w historii polskiej oświaty"

   
     
   
 
 

 

Artykuły

Resocjalizacyjne walory turystyki kwalifikowanej
O "turystycznej szkole charakterów"

17) Resocjalizacyjne walory turystyki kwalifikowanej

(Artykuł ten mówi o uniwersalnej "Szkole charakterów")

 

            Wychowaniem i resocjalizacją poprzez turystykę zajmowałem się czynnie ponad dwadzieścia  lat. Najpierw jako wychowawca a następnie dyrektor jednego z wielu eksperymentujących  zakładów poprawczych w Polsce. Mimo różnych społecznych    i politycznych tendencji, mimo wciąż zmieniających się uwarunkowań finansowych i prawnych, nigdy z tej działalności nie rezygnowałem i nigdy nie przestawałem jej propagować wśród swoich kolegów, znajomych i swoich zwierzchników. Dlaczego? – To bardzo proste! Bo to właśnie dzięki turystyce, przy niewielkim ryzyku udawało  nam się osiągać  wspaniałe, pedagogiczne efekty. Turystyka jest bowiem jedną z najbardziej uniwersalnych, szybkich i skutecznych metod wychowywania młodzieży, zwłaszcza tej zagubionej, agresywnej i trudnej.

 

     Korzystając z propozycji Pana Dr Philippa Walkenhorsta z Uniwersytetu w Dortmundzie oraz życzliwości Państwa Barbary i Ryszarda Batzik z Holzwickede, miałem okazję uczestniczyć we wielu międzynarodowych spotkaniach i dyskusjach na temat nowych trendów i metod resocjalizacji we współczesnej Europie. Dzięki Pani Elżbiecie Czyż z Helsińskiej Fundacji Praw Człowieka, mogłem też zauważyć jak otwarci są na owe trendy nasi rosyjscy koledzy. Ze szczególnie żywym zainteresowaniem na owych sympozjach, spotykały się zawsze moje odczyty i prelekcje poświęcone tzw. turystyce resocjalizacyjnej. Myślę więc, że warto jest o tym porozmawiać także z polskimi  praktykami i teoretykami resocjalizacji. Pragnę więc w tym artykule (będącym skróconą i nieco zmodyfikowaną wersją jednego z moich odczytów)    podzielić się z Państwem swoimi refleksjami i uwagami dotyczącymi specyficznych walorów turystyki resocjalizacyjnej w bezpośredniej pracy z młodzieżą społecznie zagubioną i trudną.  Jest to także pewna forma spłacania ogromnego długu wdzięczności, wobec wielu moich zwierzchników, kolegów oraz sympatyków zakładu poprawczego w Laskowcu, z którymi dane mi było pracować i współpracować. Bez nich, nie było by przecież tak wielu naszych wspólnych sukcesów i radości.  

         Od kilku lat korzystam już z przysługującej mi emerytury ale mimo tego zawodowego dystansu, skłaniającego mnie oczywiście do głębszej refleksji i zadumy, poglądy na  temat resocjalizacyjnych walorów turystki kwalifikowanej wcale się u mnie nie zmieniły. Turystyka – jako „Twarda Szkoła Charakteru”- pozostaje nadal moją wielką, życiową pasją i nadal staram się ją aktywnie propagować, zwłaszcza wśród studentów z którymi mam przyjemność obecnie pracować. Będzie mi więc miło, jeśli także polscy czytelnicy, a zwłaszcza -  pedagodzy i studenci, poświęcą trochę swego czasu na przeczytanie i przemyślenie tych kilku moich refleksji i uwag wynikających bezpośrednio z mojej wieloletniej, zawodowej i społecznej pracy. Jestem głęboko przekonany, że odpowiednio zaprogramowana turystyka, a zwłaszcza survival, może stać się jedną z najskuteczniejszych i najtańszych metod współczesnej  resocjalizacji w naszym i nie tylko naszym kraju.

         Myślę też, że nie będzie to nietaktem z mojej strony, jeśli prezentując tą specyficzną  tematykę, świadomie zrezygnuję tu ze sztywnego, profesjonalnego stylu i typowo naukowego żargonu na rzecz bardziej naturalnej, koleżeńskiej rozmowy. Sądzę, że w ten sposób łatwiej trafię nie tylko do umysłu ale i do serca zainteresowanych tą tematyką osób, a na tym mi bardzo zależy, gdyż  bez uczuć i serca  ani prawdziwej  pedagogiki, ani prawdziwej turystyki  uprawiać się nie da.

    

    Po co chodzisz po górach?

 

    Proszę Państwa – zapomnijmy na moment o tym gdzie teraz jesteśmy i kto jest wśród nas. Spróbujmy sobie wyobrazić taką oto scenę:

    Siedzimy sobie w niewielkim kręgu na drewnianych ławach małego, górskiego schroniska. Na tych ławach naprzeciw nas i obok nas siedzą młode dziewczyny – urocze, miłe, można by powiedzieć - podobne do aniołów. Siedzą też chłopcy o twarzach też młodych ale wcale nie anielskich - zniszczonych narkotykami, nikotyną, alkoholem, o twarzach wytatuowanych        i pooranych różnymi historiami ich dotychczasowego, awanturniczego życia. Za oknami gwiżdże mroźny wiatr, sypie biały śnieg... a w schronisku – miło, ciepło, cicho. W tej przytulnej, schroniskowej ciszy,  rozlega się nagle mocny, męski głos:

- „Po co chodzisz po górach?” – Cisza...

- „Po co chodzisz po górach?!” Jeszcze głośniej powtarza pytanie ksiądz Paweł, wierny przyjaciel trudnej młodzieży a  zarazem  sam świetny turysta.

      Po kilku refleksjach, przypominających bardziej rozmowę niż kazanie, w przyjacielskiej atmosferze tego bieszczackiego schroniska, pada w końcu prosta lecz jakże głęboka  odpowiedź: „Chodzisz po to, aby stać się twardym! – Twardym... jak ten górski głaz!”. Ksiądz odruchowo pokazuje ręką na jeden z leżących przy kominku granitowych kamieni.

      Po trudach zimowej, całodziennej wyprawy na piękne lecz groźne o tej porze roku górskie szczyty, mimo widocznego zmęczenia albo też i dzięki niemu, wszyscy uczestnicy przedstawionego tu spotkania poczuli wówczas prawdę i siłę tych kilku, prostych słów. Znowu zaległa tam cisza, ale już trochę inna – osobista i wypełniona nieco innym, bardziej prywatnym pytaniem: czy ja jestem twardy? - jak te górskie skały, jak wskazany przez księdza głaz? Jeśli jestem wychowawcą, kuratorem, nauczycielem...to ile mam zapału, hartu   i silnej woli aby nie ulec zniechęceniu, zmęczeniu i różnym innym przeszkodom  i kłopotom, związanym z moją zawodową pracą z młodzieżą społecznie zagubioną i trudną? Jeśli jestem studentką, dziewczyną, jedną z tych, które nie mogą spokojnie patrzeć jak ich koleżanki          i koledzy staczają się na dno, to czy mam w sobie tyle uporu, odwagi, niezbędnego dystansu   i wdzięku, aby wyciągana do tych zdemoralizowanych chłopaków moja przyjacielska dłoń, była dla nich zawsze wymagającym ale też życzliwym gestem nadziei i pomocy?  Jeśli jestem osobą postronną, zaproszoną przez tych chłopców lub ich opiekunów do wspólnego stołu, czy też do wspólnej, turystycznej wędrówki, to czy wystarczy mi zaufania  i mocnej wiary, że „zło można dobrem zwyciężyć”, i że takie wspólne spotkania, intensywne wędrówki, przygody  i przeżycia mają swój społeczny i pedagogiczny sens? Czy naprawdę wierzę, że nie da się wychować młodego człowieka dla społeczeństwa - w izolacji, a więc bez kontaktu z tym społeczeństwem?

      - A jeśli jestem... chłopakiem? – Jednym z tych obdziarganych, wytatuowanych, nieufnych i agresywnych młodych ludzi, to czy stać mnie na to...czy już  stać mnie na to!, aby powiedzieć twardo i mocno- „NIE”! „NIE”- swoim kolegom, swoim złym przyzwyczajeniom i skłonnościom, a czasem też swoim własnym rodzicom! Czy jestem już na tyle świadomy, zahartowany i twardy, że stać mnie na to trudne, męskie – „NIE!”? Wychowanie bowiem różni się tym od tresury, że zawsze powinno zmierzać do samowychowywania, a resocjalizacja – prowadzić do samoresocjalizacji.

     Zaprezentowana tu Państwu scena, wybrana z jednej z wielu naszych dawnych, górskich wycieczek, w dużym stopniu zatarła się już w mojej pamięci. Nie pamiętam ani imion, ani nazwisk wielu z siedzących tam w kręgu osób. Pamiętam jednak dobrze, głęboko zamyślone ich twarze i  słyszę stawiane przez księdza pytania. Myślę, że warto je zadać także i dziś – tu  i teraz, korzystając z życzliwej uwagi zainteresowanych tym tematem osób.  

      Po co więc z tak trudną i napiętnowaną społecznie młodzieżą chodzimy po górach? Po co pływamy tratwą lub kajakiem między krami po zimnych wodach zamarzającej rzeki? Po co śpimy w szałasach, namiotach lub pod gołym niebem w odludnym , dzikim terenie? Ano właśnie po to, aby jak zauważył to ksiądz Paweł, w przypomnianej tutaj scenie, każdy kto z nami wędruje, mógł poćwiczyć swój  charakter  i aby przez to stawał się rzeczywiście twardy -jak górski głaz, zwłaszcza w upartym dążeniu do celu i w ostrych wymaganiach wobec samego siebie. Jest bowiem duża szansa na to, że taki pozytywny „twardziel” zdoła kiedyś pokonać wszelkie przeszkody, nie tylko te, które spotyka w terenie, na trasie, ale i te, które napotka w sobie albo w swym codziennym,  wcale nie łatwym przecież życiu.

 

Czy warto?

 

    Czy jednak warto tak się wysilać i tak ryzykować? Czy te trudne, forsowne wędrówki, rzeczywiście kogoś zmienią – komuś pomogą. Czy mam prawo w to wierzyć? Czy mam wystarczające argumenty na to, że ambitna turystyka jest rzeczywiście interesującą szansą na znaczne przyśpieszenie procesu resocjalizacji młodzieży najtrudniejszej i najbardziej odrzucanej przez społeczeństwo? Czy powinienem więc nadal tą turystykę rozwijać i tak uparcie w różnych środowiskach ją propagować? Jakie jest w tym zakresie moje własne doświadczenie i jakie nasuwają mi się tu  uwagi i wnioski?

       Otóż z wychowankami Zakładu Poprawczego w Laskowcu koło Ostrołęki, w ciągu ponad dwudziestu  lat mojej zawodowej pracy przemierzyłem rowerem, kajakiem, na nartach i pieszo kawał Polski. Poza murami poprawczaka, w słońcu i deszczu, w upale,  śnieżycy i mrozie spędziłem z nimi setki nocy i dni. Z roku na rok powiększało się grono kolegów – wychowawców, którzy aktywnie włączali się i wzbogacali tą naszą turystyczną działalność. Powiększała się też ciągle liczba sympatyków i przyjaciół naszego zakładu, którzy decydowali się często na wspólne z nami uczestnictwo nawet w bardzo trudnych                      i forsownych imprezach typu survival czy "robinsonada".  Pamiętają o nas turystyczni weterani – nasi dawni wychowankowie i w miarę swych aktualnych możliwości starają się nadal utrzymywać z nami kontakt a często też propagują twarde zasady turystyki kwalifikowanej we własnym środowisku.

        Listę niepowodzeń, przeszkód i trudności, ale też i listę różnorodnych, pedagogicznych efektów – sporządzałem, analizowałem i korygowałem przez te lata niejeden raz. Wyniki w różnych latach były różne, ale oparty na nich wniosek jest jak dotąd ciągle ten sam. Warto! Naprawdę warto, mimo nieuniknionego ryzyka, mimo wielu obiektywnych kłopotów              i trudności – warto inwestować swój czas, zapał i serce w tą nietypową, resocjalizacyjną działalność. Turystyka kwalifikowana jest bowiem twardą, ale też wyjątkowo skuteczną, chwytliwą i wręcz uniwersalną „szkołą charakterów”, zwłaszcza dla uczniów niesfornych        i tych najtrudniejszych. Stosunkowo łatwo jest nią zainteresować wychowanków i dosyć szybko przy jej pomocy można osiągać wspaniałe, pedagogiczne rezultaty. Turystyka taka jest skuteczną metodą oddziaływania zarówno na grupę jak i na jednostkę. Umacnia społeczne więzi i integruje zakład ze środowiskiem, a równocześnie szlifuje indywidualne charaktery nie tylko wychowanków ale i wychowawców. Łagodzi ujemne skutki społecznej izolacji,            a jednocześnie ułatwia realizację wielu zadań typowo zakładowych. Znacznie wycisza tendencje do niebezpiecznych wystąpień i buntów oraz hamuje drastyczne przejawy więziennej podkultury. Skutecznie chroni wychowanków przed recydywą a także obniża w nich naturalną chęć do ucieczek. Z przeprowadzonych u nas w latach osiemdziesiątych badań wynika, że w przypadku wychowanków intensywnie uprawiających turystykę, zjawisko recydywy występuje kilkakrotnie rzadziej niż u innych. Jeśli zaś chodzi o ucieczki – to zaledwie 0,4% uczestników naszych wycieczek dokonało w badanym okresie tego typu wykroczenia. Później wyniki w tym zakresie były jeszcze dużo lepsze. Ambitna turystyka jest więc formą aktywności bardzo przyjemnej, ale i bardzo pożytecznej. Turystyka może z powodzeniem stymulować rozwój różnorodnych zainteresowań artystycznych, sportowych, naukowych itp., ale może też sama stać się ważnym celem i życiową pasją. Może być jednocześnie przygodą i lekarstwem, zabawą i pracą, wysiłkiem i relaksem. Turystyka taka jako czynnik wyjątkowo atrakcyjny i twórczy na pewno może i powinna mieć bardzo istotny wpływ na wychowanie naszych dzieci i młodzieży, w tym zwłaszcza młodzieży społecznie niedostosowanej i trudnej.

 

 

 

      Co o tym sądzą naukowcy?

 

     To moje głębokie i czerpane z doświadczenia przekonanie, o ogromnym bogactwie pedagogicznych walorów turystyki kwalifikowanej podzielają też nasi wybitni naukowcy, tacy jak: Kazimierz Przecławski, Tadeusz Łobożewicz, Kazimierz Denek a wcześniej także profesorowie: Jedlewski, Lipkowski, Kamiński, Czapów i wielu, wielu innych. Już 200 lat temu jeden z czołowych działaczy naszej polskiej „Komisji Edukacji Narodowej”                  J. Minasowicz sformułował takie oto rymowane hasło:

 

                   „Świat takich nauczycieli chwalił i chwali,

                    Którzy ucząc chodzili, a chodząc nauczali.”

 

     Nietrudno też zauważyć, że wiele wypowiedzi tych znakomitych badaczy i uczonych, bardzo dobrze  harmonizuje ze znanym poglądem naszego Wielkiego Papieża- Jana Pawła II, który jak wiadomo,  przez wiele lat sam był bardzo aktywnym turystą. Jako ksiądz, profesor uniwersytetu, a następnie  biskup i kardynał, wraz z przyjaciółmi i młodzieżą przemierzył bardzo wiele górskich, kajakowych, rowerowych i narciarskich szlaków. Uważał on, że mądre wędrowanie może stać się „drogą wewnętrznej odnowy dla każdego człowieka”. Z punktu widzenia wychowawcy i pedagoga to optymistyczne stwierdzenie tak wielkiego autorytetu      i znakomitego turysty, można tu potraktować nie tylko jako cenną zachętę, ale też jako konkretne, pedagogiczne zadanie – wciąż aktualne i bardzo ważne.

      Profesor Czesław Czapów zauroczony uniwersalizmem turystyki kwalifikowanej, dostrzegał w niej wyraźnie elementy wychowania:

- fizycznego

- zdrowotnego

- politechnicznego

- estetycznego

- moralnego

- społecznego

- patriotycznego

- resocjalizacyjnego

     W wychowaniu typowo resocjalizacyjnym, realizowanym poprzez turystykę w oparciu o własne doświadczenie i udokumentowane materiały mogę tu wyróżnić bardzo wiele niezwykle cennych jej funkcji, takich jak:

- profilaktyczna

- diagnostyczna

- korekcyjna

- kompensacyjna

- integrująca

- terapeutyczna 

- ortodydaktyczna.

O każdej z tych funkcji można już dziś powiedzieć bardzo dużo, posługując się konkretnymi przykładami z mojej, i nie tylko mojej, zawodowej pracy. Podobnie jest z wypracowanymi w ciągu wielu lat, specyficznymi „zasadami uprawiania turystyki resocjalizacyjnej”, wśród których są i takie, które na pierwszy rzut oka wyglądają niczym pedagogiczne herezje np.: „zasada ograniczonego zaufania”, „zasada niepełnej informacji”, „zasada dominowania skuteczności nad sprawiedliwością”, czy też „zasada uczciwej manipulacji”. Rzeczywiście, setki zorganizowanych wycieczek i turystycznych imprez zaowocowały w końcu katalogiem różnych, tak zwanych pedagogicznych chwytów i zestawem bardzo dziwnych zasad. Wiele z nich domaga się oczywiście bardziej wnikliwych opracowań, analiz i naukowej weryfikacji. Ale też i nasza „turystyczna szkoła charakterów” jest także trochę dziwna.

 

       Jaka to szkoła?

 

       W tej naszej „szkole” nie ma ławek ani klas, ale każdy z jej „uczniów” ma tu własną tablicę, umieszczoną gdzieś głęboko w sercu i każdy na niej pisze swoją własną odpowiedź na fundamentalne pytanie: „po co, jak i dla kogo żyć?” Ktoś kiedyś na jednej z takich tablic napisał: „w górach zrozumiałem, że wolność jest piękna!” Tak – wolność jest piękna! Jeśli ktoś z tych trudnych, zbuntowanych, młodych ludzi naprawdę to zrozumie, to jest realna szansa na to, że zacznie się o tą wolność rozsądnie starać i że będzie ją wreszcie szanował. Jest nadzieja na zrozumienie, że wolność – to także odpowiedzialność!

       W tej naszej „szkole” rzeczywiście nie ma ławek, dzwonka, klas – ale jest tradycja, wypracowana przez kolejne roczniki wychowanków i nas – wychowawców, instruktorów, nauczycieli. Jest poczucie wspólnoty i wyjątkowo wysoka ranga honoru! To właśnie HONOR jest tym najbardziej skutecznym zabezpieczeniem przed ucieczkami i różnymi wykroczeniami na naszych spotkaniach i wycieczkach. Mam prawo powiedzieć, że jest to zabezpieczenie o wiele lepsze niż betonowe mury i żelazne kraty. Trzeba jednak nad wyrobieniem tego poczucia honoru w grupie trudnych wychowanków bardzo wytrwale      i sumiennie popracować. Tu nie ma nic za darmo. Nasi wychowankowie muszą wiedzieć, że mężczyzna bez honoru jest jak balonik na wietrze, że za honor - szlachetni ludzie oddawali nawet życie. Jeśli chcę dużo wymagać od innych, to jeszcze więcej powinienem wymagać od samego siebie. Ja też muszę być - „człowiekiem honoru”.

      Jest rzeczą oczywistą, że aby zimą z kompasem w ręku chodzić przełajem po górskich bezdrożach trzeba się samemu do tego odpowiednio przygotować i trzeba też bardzo dobrze przygotować swoich wychowanków. Ważne jest tu zarówno przygotowanie wychowawcze, jak i przygotowanie kondycyjne. Ogromną więc rolę odgrywają tu wszelkie spotkania i wycieczki treningowe a zwłaszcza takie imprezy, które zawierają wiele elementów z tak zwanej „sztuki przetrwania” /survival/. Są to najczęściej wyprawy bardzo forsowne. Dziesiątki kilometrów dziennie przy każdej pogodzie i w różnych porach roku. Zimowe noclegi w szałasach lub namiotach, przeprawy przez starorzecza, wertepy i bagna. Przyrządzanie posiłków w warunkach skrajnie prymitywnych, z produktów które daje nam tylko sama przyroda, przy jednoczesnym zachowaniu elementarnych zasad bezpieczeństwa i higieny - a trzeba przyznać, że np. zimą nasza przyroda nie jest zbyt hojna. Obowiązuje przy tym zasada: minimalne wyposażenie, ale za to maksymalne wykorzystywanie siły woli, nabytych doświadczeń i specjalistycznej wiedzy. Bardzo ważne jest wówczas wzajemne zaufanie i koleżeńska pomoc w sytuacjach niebezpiecznych i trudnych. Często kontrastują ze sobą: ostre wymagania na szlaku           i wesoły śpiew przy ognisku; szczere rozmowy i dyskusje w namiotach oraz twarde rozkazy  przy forsowaniu terenowych przeszkód. Czasem nagrody, czasem kary, to tylko niektóre elementy naszych systematycznych treningów, dających szansę na atrakcyjny wyjazd każdemu, nawet najtrudniejszemu wychowankowi, jeśli tylko zgodnie z wcześniejszą umową sprosta on naszym oczekiwaniom i ostrym wymogom. Wszystko to potem procentuje i znacznie zmniejsza, choć przecież nigdy  nie wyklucza, ryzyka i to zarówno ryzyka nieszczęśliwego wypadku, jak i ryzyka naruszenia zasad społecznego życia.

         Czy jednak warto rzucać wyzwanie temu ryzyku, skoro wykluczyć go się nigdy nie da? Na ten temat można by mówić bardzo wiele. Faktem jest, że w resocjalizacji bez ryzyka na ogół nie ma sukcesów. Sztuka polega na tym, aby przy minimalnym ryzyku osiągać maksymalne efekty, a co za tym idzie, aby to nieodzowne ryzyko mieściło się zawsze w granicach posiadanego doświadczenia i granicach zdrowego rozsądku.

        Nie da się też często uniknąć potężnego zmęczenia, ale przy tej właśnie okazji niemal każdy odkrywa w sobie ogromne psychiczne i biologiczne rezerwy, których istnienia dotąd nawet nie podejrzewał. Nie da się też z góry przewidzieć wielu zadziwiających reakcji nie tylko naszych wychowanków, ale i naszych współpracowników. Czasem to właśnie oni w trudnych sytuacjach  narzekają najgłośniej.  Takie więc forsowne wędrówki, to prawdziwa kopalnia wiedzy zarówno o naszych wychowankach, jak i o ich opiekunach, a także o samym sobie. Ekstremalnie trudne warunki zmuszają nas do zrzucenia masek i albo ludzi dzielą, albo łączą – bardzo mocno  i na długo! Najbardziej cenne zwycięstwa to te, które odnosimy sami nad sobą. A takie właśnie zwycięstwa można rzeczywiście osiągać w tej twardej walce pomiędzy zwątpieniem a uporem, w wyjątkowo pięknej, choć groźnej scenerii: wiatru , mrozu, śniegu, deszczu lub słońca. Przyroda potrafi być bezlitosna i niezwykle skąpa dla mięczaka i laika, ale za to bardzo interesująca i szczera dla tego, kto z zapałem poznaje jej tajemnice. W dzikiej, odludnej okolicy bez namiotu, zapałek, wody i żywności, przypadkowy turysta wytrzyma zaledwie kilka godzin, a wytrawny traper poczuje się wówczas jak ryba w wodzie – skutecznie i szybko zdoła on rozwiązać wszystkie, najważniejsze  problemy i szczęśliwie przetrwa tam, gdzie inni się załamują lub poddają.

        Dla naszych wychowanków, taka właśnie twarda turystyka stwarza bezprecedensową szansę do skutecznego pokonania swoich głównych wad i słabości oraz daje szansę udanego powrotu z naszych gór, lasów i jezior – powrotu nie tylko do cywilizacji, ale i do społeczeństwa. Na tym polega bowiem najważniejszy egzamin w tej naszej – turystycznej „szkole charakterów”, i na tym polega też  prawdziwa  resocjalizacja.

 

        Czy to jest sprawiedliwe?

 

       Rodzi się jeszcze i takie pytanie: czy ta zbuntowana, agresywna młodzież po prostu zasługuje na tą, tak atrakcyjną formę resocjalizacji, jaką jest turystyka? Czy jest to społecznie sprawiedliwe, że tych złodziei, narkomanów i zabójców tak często wozimy nad morze, na jeziora albo w góry? Odpowiem tu prosto i szczerze: sprawiedliwe to  nie jest! Są przecież i takie przestępstwa, jak na przykład zabójstwo, za które żadna kara nie może być jednocześnie humanitarna i sprawiedliwa – kara śmierci- także nie. Jest to na pewno bardzo trudny problem moralny dla sędziego ale nie dla pedagoga. Pedagog nie musi być wcale sprawiedliwy – on powinien być skuteczny! To nie jest żadna nowa herezja – to pragmatyka, którą chciałbym tu nieco wyjaśnić.  W powszechnie uznawanej hierarchii  wartości sprawiedliwość nie była  przecież nigdy najważniejsza. Znacznie wyżej od niej stawia się np. miłość, czasem altruizm lub szlachetne przebaczenie, ale w niektórych przypadkach, także karę - surowszą od oczekiwanej. W pedagogice, taką niesprawiedliwość stosuje się dosyć często i osiąga się przy tym nieraz  bardzo cenne rezultaty, bo jak powiedziałem pedagog, zwłaszcza resocjalizacyjny, powinien być nie tyle sprawiedliwy, co skuteczny. Myślę bowiem, że od pytania: „za co?”, w pedagogice resocjalizacyjnej, o wiele ważniejsze jest pytanie: „po co?”. Dlatego bardzo często na nasze wycieczki zabieraliśmy wychowanków wcale nie najlepszych i nie najspokojniejszych, ale tych szczególnie trudnych, którzy nie jechali na nie za żadne konkretne zasługi, a więc – nie „za co?”. Oni jechali – „po coś!”. Najczęściej po to, aby tam, za murami zakładu, mogli oni zatęsknić za piękniejszym i uczciwszym życiem i aby mogli udowodnić  sobie i innym, że oni także mają swoje ambicje i swój własny honor, i że warto było im zaufać.

         Jest jeszcze i taka prawda: obserwując z boku nasze forsowne wycieczki i rajdy                                                             często bardzo trudno jest odgadnąć, czy ci młodzi ludzie uczestniczą w nich w nagrodę, czy też może za karę?! To nie są przecież jakieś łatwe spacery, czy kosztowne i przyjemne wycieczki autokarowe. To jest na ogół twarda, uparta wędrówka, do ambitnie wytyczonych celów,  a często wprost ostra walka z samym sobą, ze  swoim zmęczeniem, zniechęceniem  oraz ciężkie zmaganie się z piękną ale i groźną przyrodą. Tylko takie bowiem ambitne wycieczki, stwarzają tym trudnym chłopcom znakomitą okazję do ich „wewnętrznej odnowy”.

      Od tego, aby tych chłopców szybko łapać jest policja. I życzę jej powodzenia. Od tego, by ich sądzić są sądy. Niech wiec ich sądzą – surowo i sprawiedliwie. Od tego jednak, aby w każdym z nich dostrzec małą iskierkę dobra i rozdmuchać ją w ciepły          i pożyteczny płomień, jesteśmy właśnie my – pedagodzy! Dlatego właśnie ta nasza praca jest tak fascynująca i piękna. Dlatego jest takim ważnym, społecznym zadaniem. Jako pedagog – wychowawca tych trudnych chłopców, nie mogę się ciągle koncentrować tylko na  ich kryminalnej przeszłości. Nie mogę już jej wymazać ani zmienić. Nie jestem w stanie podarować każdemu z nich innego, rodzinnego środowiska ani zapewnić im pracy. Wielu z nich w końcu wróci do tych samych pijackich melin, do dawnych kolegów i do własnych, niewydolnych wychowawczo matek i okrutnych często ojców. Dlatego zależy mi bardzo na tym, aby ich dobrze zahartować - na wszelkie trudy czekającego ich życia. Aby chodząc po bezdrożach, lasach i górach pokochali prawdziwą przyjaźń, uczciwość, piękno i przede wszystkim honor. Aby stali się właśnie takimi „twardzielami”,  którzy umieją być sobą i kiedy trzeba, potrafią mówić –„tak!” i potrafią mówić – „nie!” U nas chłopcy często śpiewają:

                                     „Nie przeraża nas dźwięk kluczy

                               ani szara w oknach stal

                               tylko kraty w ludzkiej duszy

                               rodzą bunt a czasem żal...”

 

      Mam nadzieję, że propagując „turystykę resocjalizacyjną” wśród ludzi zajmujących się młodzieżą społecznie zagubioną i trudną, stopniowo kruszymy nie tylko kraty w oknach, ale i  kraty w ludzkich sercach, choć są one często bardziej twarde niż żelazo.

 

      Gdzie są granice ?

 

     Gdzie są faktyczne granice naszych możliwości i gdzie są granice naszego zakładu czy wiezienia? Nie jest to pytanie ani proste ani  łatwe.  A jest ono  bardzo ważne. Konkretna odpowiedź na to właśnie pytanie w dużym stopniu określa bowiem zakres autonomii takiej izolacyjnej placówki, jaką jest – Zakład Poprawczy, czy Schronisko dla Nieletnich. Szeroka autonomia tego typu placówek, mimo pewnego ryzyka, jej nadużywana, na ogół sprzyja szybkiemu wprowadzaniu różnych, pedagogicznych innowacji, ciekawych programów, oraz  usprawnia wzajemną wymianę  doświadczeń.

       Można łatwo zauważyć, że w zakładach poprawczych w Polsce i we więzieniach dla nieletnich w Niemczech oraz w innych placówkach resocjalizacyjnych w Europie, pod względem wieku oraz kategorii popełnionych przestępstw przebywa bardzo podobna młodzież. Istnieją natomiast duże różnice w interpretowaniu wspomnianych tu granic i posiadaniu faktycznej autonomii.  Bardzo różne są więc realne możliwości stosowania wielu metod, być może nieco ryzykownych, ale za to, bardzo cennych wychowawczo. W polskiej resocjalizacji w przeciwieństwie do rozwiązań np. niemieckich - może nie przeważa, ale na pewno dominuje pogląd, że młodego człowieka nie można przygotować do uczciwego i aktywnego życia w społeczeństwie bez kontaktu z tymże społeczeństwem i jego rówieśnikami. Stąd przywiązujemy dużą wagę do ścisłej integracji naszych placówek z tzw. środowiskiem otwartym. Faktyczne granice zakładu często się tu zacierają lub znacznie przesuwają. Nasi wychowankowie wraz z opiekunami uczestniczą bowiem we wielu międzyszkolnych i środowiskowych imprezach, zawodach, koncertach , spektaklach, a także w wybranych akcjach charytatywnych. I odwrotnie –  nasze zakłady chętnie też przyjmują różnych gości, jeśli tylko mają oni dla naszych wychowanków coś cennego do zaoferowania. Może to być na przykład wspólna dyskoteka, kulig, ognisko, wspólna modlitwa czy też ciekawa dyskusja. Szczególnie miło są u nas widziani studenci resocjalizacji i prawa, gdyż to oni będą przecież kiedyś kontynuowali naszą pracę, wprowadzając w czyn także nasze wspólne, zrodzone na tych spotkaniach pomysły. Często powtarzam, że ani zakład poprawczy, ani wiezienie dla nieletnich nie może być samotną wyspą, zagubioną gdzieś w oceanie powszechnej obojętności. Musi być on otoczony archipelagiem życzliwych mu osób i instytucji, gdyż bez tego zainteresowania i społecznej integracji będzie on tylko  produkował cynicznych  przestępców i prymitywnych dzikusów. Ci młodzi ludzie kiedyś przecież do nas wrócą     i jest bardzo ważne, aby do tego powrotu obie strony były jak najlepiej przygotowane, w przeciwnym razie taki powrót może być bardzo kosztowny i niesłychanie groźny. Ktoś mądry kiedyś powiedział : „ społeczeństwo ma zawsze taką przestępczość, na jaką zasługuję”. Na tą przykrą prawdę nie można się obrażać, ani jej lekceważyć. Poza małymi wyjątkami, to przecież nasze społeczne, polityczne, ekonomiczne i pedagogiczne błędy rodzą  tych młodych przestępców i ich ofiary. To one są pierwotnym źródłem naszego lęku i społecznego niepokoju. Warto jest więc zainwestować trochę pieniędzy, wysiłku, myśli i serca w taką resocjalizacyjną działalność, która rzeczywiście pozwoli nam zasłużyć na lepsze i bardziej bezpieczne życie. Myślę, że temu właśnie celowi służy też między innymi, propagowana tu przeze mnie turystyka, a właściwie resocjalizacja poprzez turystykę. Aby ją systematycznie i z powodzeniem realizować, zakład musi mieć zapewnioną pewną, rozsądną autonomię. To wychowawcy zakładu znają przecież swych wychowanków dużo lepiej niż sędziowie, burmistrze, politycy czy pracownicy ministerstwa i to oni powinni ostatecznie decydować o tym – czy i kogo można zabrać na konkretne zajęcia prowadzone poza murami zakładu. Wiąże się to oczywiście z dużą odpowiedzialnością, ale jak to już powiedziałem – prawdziwa sztuka polega na tym, aby przy jak najmniejszym ryzyku osiągać jak największe, pedagogiczne efekty.

      A wracając do tego ważnego pytania – gdzie są faktyczne granice polskiego zakładu, czy też niemieckiego więzienia dla nieletnich lub innej podobnej placówki z dowolnego kraju w Europie, to myślę, że wszędzie  odpowiedź mogłaby być taka sama. Granice, w moim przekonaniu, to nie kraty w oknach ani więzienne mury , ani ogrodzenie jakiś dodatkowych, więziennych terenów. Granice takiego zakładu czy więzienia są tam, gdzie są jego wychowankowie i aktualnie pracujący z nimi ludzie. Jeśli ci chłopcy wraz z opiekunami są akurat w teatrze lub gdzieś w górach – na wycieczce, to właśnie tam przesuwają się granice ich zakładu czy wiezienia i tam powinna też sięgać nie tylko odpowiedzialność, ale także pewna, pedagogiczna autonomia, bardzo potrzebna tym opiekunom. Odpowiedzialność – to bardzo ważne ale    i groźne słowo. Aby nie była ona jedynie stresem i paralizatorem cennych pomysłów        i zapału, odpowiedzialność musi być po prostu proporcjonalna do realnych możliwości,    a służbowa kara za ewentualne uchybienia czy porażki powinna być proporcjonalna do faktycznej winy. Zbyt surowe traktowanie każdej porażki, bez doceniania intencji oraz wcześniejszych sukcesów, może załamać bądź zniechęcić nawet największego entuzjastę.

      Trwała skuteczność wielu cennych metod stosowanych przez pedagogów,  zależy jak wiadomo od ich autorytetu i  społecznego statusu. Dlatego, nie byłbym szczery, gdybym nie wyraził tu swego zdziwienia. Jak to możliwe, że w niektórych wysoko rozwiniętych i ceniących sobie sprawiedliwość krajach, status społeczny i zarobki ludzi bezpośrednio pracujących z tak trudną młodzieżą są tak relatywnie niskie? Dużo niższe niż nauczycieli w zwykłych, publicznych szkołach. To jakiś niezrozumiały dla mnie paradoks. Za solidną i tak trudną pracę należy się przecież wysoki szacunek oraz solidne wynagrodzenie. Bez tego trudno jest nawet marzyć, że do tej odpowiedzialnej pracy, poza wyjątkowymi entuzjastami będą trafiali pedagodzy wybitni i doskonale przygotowani.

         Doskonale pamiętam nasze dawne, polskie boje o bardziej humanitarny i skuteczniejszy system naszej resocjalizacji. Pamiętam nasz upór i determinację w staraniach o szerszą autonomię i wyższy status społeczny naszych zakładów. I pamiętam te zimne, twarde kraty – nie w oknach, bo te są normalne, ale kraty w ludzkich sercach, które oczywiście też nie sprzyjały naszym reformom. Dziś z pewną satysfakcją możemy powiedzieć, że pracownicy zakładów poprawczych w Polsce, pod względem wykształcenia, uzyskanej autonomii, społecznego szacunku i otrzymywanego wynagrodzenia, w porównaniu z nauczycielami ze szkół publicznych należą niewątpliwie do pedagogicznej elity naszego kraju i nie budzi to już żadnego, niezdrowego zdziwienia. O to właśnie z dużą determinacją, od kilku już lat zabiegają nasi koledzy z Niemiec. Cieszę się, że chcą tu skorzystać z naszych doświadczeń i także pragną gruntownych reform, aby znacznie podnieść obecny poziom nauki i pracy w zakresie szeroko rozumianej resocjalizacji.   Życzę im powodzenia. Cieszę się, że nowatorskie metody polskiej resocjalizacji spotykają się z żywym zainteresowaniem także we wielu innych krajach Europy. Szkoda tylko, że z przyczyn ekonomicznych i politycznych, nie udało nam się stworzyć odpowiedniego systemu profilaktyki i opieki następczej. Bez tego, nawet bardzo solidna i nowatorska praca wielu  zakładów poprawczych w Polsce  jest często marnowana albo wręcz zawieszona w próżni. Pod tym względem – to my właśnie możemy się wiele nauczyć od naszych sąsiadów zza  granicy.

           Dziwi mnie jednak to, że nasze – bardzo dobre i nowoczesne przecież – szkoły pedagogiczne, nie dostrzegają  jednak tej znakomitej szansy, jaką mogłaby być właśnie , „turystyka resocjalizacyjna”, umiejętnie stosowana  w przyszłej  pracy naszych studentów. Bo w ilu polskich uczelniach prowadzi się dziś specjalne wykłady i ćwiczenia, czy nawet tylko jakieś dodatkowe kursy z tej tematyki? A proszę mi wierzyć, uczyć – jest tu czego!

Wobec deficytu tego typu uniwersyteckich fachowców, może warto jest angażować do tej szkoleniowej pracy po prostu praktyków. Nie mówię tego gołosłownie. Od kilku lat, z inicjatywy Pani Dr Anny Chachaj-Nowickiej z Akademii Pedagogiki Specjalnej w Warszawie, mam bowiem okazję i...ogromną  przyjemność, prowadzić takie właśnie zajęcia, ze studentami resocjalizacji w Kolegium Edukacji Specjalnej w Międzylesiu (tzw. Helenów). Zainteresowanie studentów „turystyką resocjalizacyjną”, przeszło moje najśmielsze oczekiwania. Wciąż wysoka, niemal stuprocentowa frekwencja,  bardzo ożywione dyskusje oraz ciekawe pytania podczas zajęć i  przerw, a także emocjonalne komentarze w trakcie i po prezentacji wielu  eksponatów, dokumentalnych filmów i zdjęć, są tu bardzo wymowne. Zaskoczeniem dla mnie było i to, że mimo dużego, czasowego obciążenia, studenci z własnej inicjatywy podjęli starania o zwiększenie liczby zajęć z tego właśnie przedmiotu. Studenci są po prostu głodni konkretnej wiedzy z tzw. „pierwszej linii” i  nie zależy to zapewne jedynie od osoby prowadzącej tego typu zajęcia, ale od tego, czy jest ona właśnie - praktykiem. Rozsądne łączenie teorii z praktyką, także na etapie szkolenia jest przecież dla każdej uczelni niewątpliwym atutem.    

           Wracając do moich osobistych refleksji i wspomnień, dotyczących naszej  „Turystycznej Szkoły Charakterów” muszę tu jeszcze z nostalgią dodać, że od czasu opisanego tu spotkania w przytulnym schronisku,  stopniał w górach nie jeden już śnieg. Wielokrotnie zieleniły się drzewa. W kolejne  wiosny,  szalonym tańcem  popisywały się strumienie – a ja wciąż jeszcze widzę zamyślone twarze i słyszę postawione tam przez księdza pytanie:

      „Po co chodzisz po górach?”.  

    

                              


Dodaj komentarz, wszystkich (0):

Są tu m.in. skróty

kilku rozdziałów

z moich książek:

"Za murami poprawczaka"

i "Z rodzinnego gniazda" 

  

Jesteś gościem na mojej stronie Dziękuję za zainteresowanie i do miłego, nowego spotkania w internecie lub w realu , aktualnie gości online