Proszę czekać, trwa ładowanie strony...




 


 Ryszard Makowski  -  resocjalizacja

   oraz  inne moje pasje i zauroczenia
 

 Będzie mi bardzo miło, jeśli moje wiersze,

 zdjęcia, refleksje i wspomnienia,

 będą także dla Ciebie subtelną inspiracją

do aktywnego życia i własnej twórczości
 

  http://pl.wikipedia.org/wiki/Ryszard_Franciszek_Makowski  

  Kontakt:    turmak@wp.pl ,  Tel:  799 016 704  
 
  Polecam też swoje książki (w wersji tradycyjnej lub elektronicznej):    
    - "Za murami poprawczaka",  - "Wierszownik"
    - "Nasze studenckie szturmy na zaprzyjaźnione poprawczaki"
    - "Z rodzinnego gniazda" - link: https://ridero.eu/pl/books/zrodzinnego_gniazda/ 
    - "Poradnik zimowego grzybiarza"
           - link: https://www.e-bookowo.pl/poradniki/poradnik-zimowego-grzybiarza.html
  a także wyd. zbiorowe: "Poetycki almanach Kurpiszczyzny",  
"Ze Studziennej", "Kawiarniane strofy","Życiowe drogi absolwentów LP",
"Złota karta w historii polskiej oświaty"

   
     
   
 
 

 

Artykuły

Nasze pierwsze koleżeńskie spotkanie - 42 lata po maturze
Są to refleksje i wrażenia z naszego spotaknia na Mazurach.

 Witajcie Koleżanki i Koledzy z LP!

 


 

Doskonale zdaję sobie sprawę z tego, że moje wrażenia z tego spotkania są jednak mniej obiektywne i mają  trochę inną  wymowę, niż odczucia wszystkich pozostałych uczestników tej naszej towarzyskiej przygody. Na to spotkanie patrzę bowiem nie tylko sercem i oczyma jej aktywnego uczestnika, ale także jako jego pomysłodawca i bezpośredni organizator. Mam nadzieję,  że to jakoś tłumaczy i trochę usprawiedliwia ten bardzo subiektywny i trochę sprawozdawczy charakter mojej wypowiedzi.

O podobnym spotkaniu z koleżankami i kolegami z naszego Liceum, myślałem już od dawna. Główna trudność w szybkim i udanym jego zorganizowaniu polegała na tym, że po rozwiązaniu naszego różańskiego liceum, nasze macierzyste klasy się rozpadły, trafiliśmy częściowo do Pułtuska  i częściowo do Mławy, i w dużym stopniu  urwały się nasze koleżeńskie kontakty. Proszę mi wierzyć, że po 44 latach od opuszczenia naszego Liceum w Różanie i 42 latach od matury, nie było mi wcale łatwo uzyskać konkretne namiary do wielu naszych koleżanek i kolegów, zwłaszcza tych z Mławy. Bardzo pomocnym okazał się  tu Internet, a w szczególności portal – „Nasza klasa”. Niemal od początku jego uruchomienia, starałem się go w pełni wykorzystać do ponownego nawiązania naszych kontaktów, dlatego szybko (jako pierwszy z dawnych uczni liceum w Pułtusku i w Różanie) założyłem odpowiednie profile naszych szkół i naszych klas. Wkrótce  także inni absolwenci naszych liceów zaczęli zakładać własne profile, a że nie zawsze przy tym sprawdzali, czy profil danej szkoły już istnieje, to powstał z tego niemały galimatias. Potem staraliśmy się to jakoś sensownie uporządkować, ale wciąż jeszcze istnieją rozmaite profile tej samej szkoły, co trochę komplikuje normalny przepływ informacji, ale i tak warto z tej „Naszej klasy” jak najpełniej korzystać. Problem jest jednak w tym, że nasze sympatyczne pokolenie nie jest zbytnio rozmiłowane w nowoczesnych technologiach informatycznych, a co za tym idzie, bez życzliwej pomocy swoich dzieci czy  wnuków, nie bardzo chce lub po prostu nie potrafi korzystać z Internetu. To się jednak szybko zmienia i dziś mamy już całkiem nieźle rozbudowane wirtualne listy naszych klas, co mnie bardzo wzrusza i cieszy. Od samego początku naszej wirtualnej obecności w „Naszej klasie”, wyrażałem niezłomną nadzieję, że wkrótce uda nam się spotkać także w realu i mam dziś wielką satysfakcję z tego, że tak szybko potrafiliśmy to zrealizować.

Wracając myślą do tych wielomiesięcznych poszukiwań naszych szkolnych koleżanek i kolegów, chcę tu z ogromną wdzięcznością podkreślić, że stopniowo w tą akcję zaczęło się aktywnie włączać wiele osób, co bardzo mnie podbudowało i znacznie usprawniło organizację naszego spotkania. Od samego początku „Dobrym Duchem”, mocno wspierającym tę  inicjatywę była Marysia Rupińska. Mimo, że ja mieszkam w Ostrołęce, a ona w Chicago, dzięki Internetowi mogliśmy ze sobą bardzo intensywnie współpracować, omawiać różne warianty i pomysły oraz wspólnie angażować do tego także inne osoby. Wkrótce z dużą energią dołączyła do nas Basia Sadowska i Lucynka Kowalczyk,  a potem sobie tylko wiadomymi sposobami, zaczął nam szybko zdobywać kolejne adresy Irek Szewczak. Chcę też tu serdecznie podziękować Sławkowi Gosowi, z którym robiliśmy ciekawe objazdy różnych wiosek, w poszukiwaniu naszych szkolnych koleżanek i kolegów oraz tym wszystkim osobom, które nam takie namiary wyszukiwali i podawali. Czy można było wtedy  tych adresów i telefonów znaleźć więcej? Być może – tak, ale czas coraz bardziej  nas  gonił i musiałem się zająć także innymi sprawami, związanymi z organizacją spotkania, więc to intensywne poszukiwanie nowych osób, z konieczności  trochę się przystopowało.

Bardzo poważnym dla mnie dylematem, był wybór odpowiedniego miejsca na to nasze koleżeńskie spotkanie. Skoro od początku zakładałem, że mają w nim wziąć udział zarówno absolwenci liceum w Pułtusku, jak i liceum w Mławie, to uważałem że żadne z tych dwu pięknych miast, nie jest w tym wypadku dobrym rozwiązaniem. W zasadzie przyznawałem rację Marysi, że można to zorganizować w Różanie, albo w pobliskim Kaszewcu. Obawiałem się tylko jednego – czy organizując to spotkanie w jakiejś restauracji lub ośrodku, po tak wielu latach braku systematycznych kontaktów, możemy niezawodnie liczyć na taką frekwencję, która zapewni nam odpowiednią atmosferę, za rozsądnie wyłożone pieniądze. Trochę bałem się tego ryzyka, że w przypadku małej frekwencji, koszty spotkania będą dość duże, a atmosfera  może być sztywna i drętwa. Dlatego pomyślałem, że lepszym i znacznie bardziej elastycznym rozwiązaniem może być zorganizowanie takiego koleżeńskiego spotkania na Mazurach, a konkretnie – na mojej działce w Jeglinie k/ Pisza. Wszystkim moim ówczesnym rozmówcom, pomysł ten wydawał się być trochę szalonym i bardzo kłopotliwym w realizacji, ale ja widziałem to jednak bardzo konkretnie i realnie. Mogłem też w tym przypadku liczyć na życzliwe wsparcie sąsiadów z działki oraz aktywną pomoc własnej rodzinki,  a zwłaszcza mojej żony –  Jadzi. Uważałem, że to spotkanie powinno  mieć charakter  bardzo spontanicznej improwizacji, bez żadnego sztywnego ceremoniału i bez żadnych uprzednich rezerwacji, ani żadnych terminowych, czy finansowych  zobowiązań. Trochę martwiły mnie jednak (a zwłaszcza moją żonę) nader skromne warunki gospodarcze (np. brak prądu) i lokalowe, jakie mogliśmy zaoferować naszym gościom, ale skoro z założenia miało to być tzw. spotkanie towarzysko–biwakowe, to sądziłem, że mogę chyba liczyć na ich koleżeńską aprobatę i życzliwą wyrozumiałość. Na wszelki wypadek nawiązałem kontakt z pobliskim hotelem i kilkoma gastronomicznymi lokalami, aby w razie kłopotów, albo na wyraźne życzenie naszych gości,  można było z nich także  skorzystać, ale jak się okazało, nie było to wcale potrzebne.

Jednym z moich, dość problematycznych pomysłów był wspólny rejs zabytkowym stateczkiem (Smętek), po największym polskim jeziorze – Śniardwy. Kapitan tego statku, przyzwyczajony do wożenia głównie turystów z Niemiec, nie bardzo chciał zaakceptować ani zbyt dużej, jego zdaniem, ilości zgłoszonych osób, ani proponowanego miejsca  startu. Nie chciałem bowiem się zgodzić na podwójny rejs w dwu oddzielnych grupach i prosiłem o start nie z przystani w Piszu, ale prosto z pomostu w  pobliżu mojej działki. Na konkretne obawy kapitana, że przy tak  nietypowym wsiadaniu na jego statek, może ktoś się pośliznąć i wpaść do głębokiego kanału, zadałem  mu  szubrawe pytanie: „A jaka to wówczas byłaby  strata dla Ojczyzny? Przecież to będą sami emeryci!” Kapitan na to szczerze się roześmiał i już bez większych problemów zgodził się na wszystkie moje warunki. Rejs, jak to zapewne wszyscy pamiętają, mimo tych wcześniejszych obiekcji  był jednak całkiem przyjemny i  bezpieczny, z dużą dawką humoru i całkiem porządnego śpiewu.

Mógłbym tu oczywiście, omawiać po kolei wszystkie kolejne dni naszego spotkania, bo mam je nadal żywo w pamięci, ale myślę, że lepiej będzie zaakcentować tu tylko niektóre, bardziej wzruszające  bądź charakterystyczny epizody.

Takim głęboko wzruszającym momentem była dla mnie  spontaniczna modlitwa i sentymentalne  wspomnienie tych naszych profesorów, koleżanek i kolegów, których „ gwiazdy już pospadały”, gdyż   odeszli już Oni do wieczności. Muszę przyznać, że przy recytacji okolicznościowego wiersza, niemal dotykalnie poczułem Ich obecność i głos mi się załamał. Myślałem nawet, że tej recytacji chyba w ogóle nie zdołam dokończyć. Zauważyłem, że podobne wzruszenie ogarnęło nas wszystkich i jeszcze bardziej w tym momencie, doświadczyliśmy poczucia bardzo życzliwej wspólnoty, mimo tylu lat naszej rozłąki. Podczas mszy świętej w kościele w pobliskim Kociołku, też ogarnęło mnie duże wzruszenie, gdy pomyślałem, że oto –  pomimo dawnej usilnej laicyzacji (jaką niegdyś fundowano uczniom i nauczycielom) – jesteśmy jednak razem w świątyni i modlimy się wspólnie za naszych profesorów i kolegów.

Mimo  momentów takiej głębokiej zadumy i refleksji, całe to koleżeńskie spotkanie było jednak niezwykle radosne i pełne różnych niespodzianek.

Dużym zaskoczeniem były dla nas ( dla mnie i dla Jadzi) te stosy dowiezionego prowiantu, który tak bardzo urozmaicił nam biwakowy jadłospis. Szczerze mówiąc, w ogóle na to nie liczyliśmy i zrobiliśmy już wcześniej pewne podstawowe zakupy (i rezerwacje), z myślą, że  będą one uzupełnione w pobliskich sklepach, zgodnie z propozycjami naszych gości. W praktyce okazało się jednak, że poza okolicznościowym tortem i napojami, nie ma sensu niczego dokupywać, ani nie warto korzystać z żadnych barowych posiłków, bo i tak wszystkiego było w nadmiarze.

Bardzo sympatyczny był  nasz niedzielny, nocny spacer po lesie. Około północy dotarliśmy do pensjonatu w Szczechach Wielkich, gdzie mimo nietypowej pory otwarto  nam lokal, puszczono przyjemną muzykę i przyrządzono tzw. – „absolwenckie lody”.

Niezwykle ciekawie wyglądały też przyjazdy i powitania kolejnych naszych gości. Bardzo dużo było przy tym spontanicznych emocji, zdziwienia i śmiechu, bo po tylu latach, wcale nie tak łatwo było się rozpoznać. Ja oczywiście, robiłem przy tym różne psikusy i kawały, które zapewne nie ułatwiły wzajemnego rozpoznania, ale myślę, że będzie mi to darowane, gdyż mam już taką – szubrawą naturę. Trzeba przyznać, że podczas całego tego spotkania była bardzo wesoła i niezwykle przyjacielska atmosfera, a swobodny, biwakowy charakter tej imprezy sprzyjał szczerym rozmowom, żartom i wspomnieniom oraz ułatwiał wspólny śpiew przy stołach i przy ognisku. Trochę gorzej było tylko z naszym „tańcem pod gwiazdami”, bo nogi  plątały się w trawie, a ja to nawet zrobiłem niechcący taki szpagat, jakiego nigdy nie udało mi się zrobić na żadnym w–fie. Jestem szczerze zdumiony, że wiele naszych koleżanek tak dobrze jeszcze pamięta nasze dawne, szkolne przeboje i jeszcze dziś, tak świetnie  je wykonuje. No cóż, nie ma to jak LP i wielkie brawa dla nas – nauczycieli (w większości już – emerytów)!

A noclegi? Trzeba tu obiektywnie przyznać, że komfortu nie było. Dobrze, że moi działkowi sąsiedzi udostępnili nam także swoje własne domki, co trochę zwiększyło  „noclegową powierzchnię”, rozstawiłem też kilka namiotów, ale i tak spaliśmy wszyscy na tzw. „śledzia”. Było więc ciasno, ale –  wesoło!

Liczyłem na to, że nasi goście może też zechcą  skorzystać z kajaków lub kąpieli, dlatego radziłem, aby ze sobą „zabrać kostiumy kąpielowe, bez względu na aktualne  gabaryty”. Chętnych do kąpieli jednak nie było, ale kostiumy się jednak przydały, bo w poniedziałek zrobiło się całkiem gorąco i można było się opalać.

Chcę tu też wyraźnie podkreślić, że mimo różnych naszych żartów i sympatycznych „wygłupów”, nie było żadnych przykrych incydentów, ani żadnego przesadnego pijaństwa. Czyli  idąc na nocleg, nikt sobie nie podeptał własnych rąk, chociaż po tak długim rozstaniu było  co oblewać i było za co wznosić – kolejne toasty.

Jeśli chodzi o mnie, to jestem bardzo zadowolony z tego spotkania, po tak wielu latach i niezwykle wdzięczny tym wszystkim  koleżankom i kolegom, którzy zechcieli skorzystać z mojego zaproszenia, mimo takich skromnych, biwakowych warunków. Mam nadzieję, że nasze koleżeńskie spotkania będą dalej organizowane, być może w lepszym miejscu i z większym komfortem, i że wkrótce dołączą do nas także Ci, których tym razem z nami jeszcze nie było. Dlaczego? Bo warto!

 

 

 

 

 

 

 

 


Dodaj komentarz, wszystkich (0):

Są tu m.in. skróty

kilku rozdziałów

z moich książek:

"Za murami poprawczaka"

i "Z rodzinnego gniazda" 

  

Jesteś gościem na mojej stronie Dziękuję za zainteresowanie i do miłego, nowego spotkania w internecie lub w realu , aktualnie gości online