Proszę czekać, trwa ładowanie strony...




 


 Ryszard Makowski  -  resocjalizacja

   oraz  inne moje pasje i zauroczenia
 

 Będzie mi bardzo miło, jeśli moje wiersze,

 zdjęcia, refleksje i wspomnienia,

 będą także dla Ciebie subtelną inspiracją

do aktywnego życia i własnej twórczości
 

  http://pl.wikipedia.org/wiki/Ryszard_Franciszek_Makowski  

  Kontakt:    turmak@wp.pl , http://nasza-klasa.pl
  Tel:  799 016 704   lub    507 463 638
 
  Polecam też swoje książki (w wersji tradycyjnej lub elektronicznej):    
    - "Za murami poprawczaka"
    - "Z rodzinnego gniazda" - link: https://ridero.eu/pl/books/zrodzinnego_gniazda/ 
   - "Poradnik zimowego grzybiarza"
   - link: https://www.e-bookowo.pl/poradniki/poradnik-zimowego-grzybiarza.html
  a także wyd. zbiorowe: "Poetycki almanach Kurpiszczyzny"
                     oraz: "Ze Studziennej"  i :"Kawiarniane strofy"
   
     
   
 
 

 

Artykuły

Czy tu biją?
Dość kontrowersyjny rozdział mojej książki - "Za murami poprawczaka", którego nie zamieszczono w aktualnym jej wydaniu.

Czy tu biją? – Takiego rozdziału nie ma w mojej książce – „Za murami poprawczaka”.

 

To tytułowe pytanie popularnego niegdyś  filmu, pośród  bardzo wielu pracowników naszej branży wciąż budzi wielkie emocje, pewien niepokój i  zakłopotanie.

- „Czy tu biją?” – takiego rozdziału  rzeczywiście miało po prostu nie być w  mojej niedawno wydanej książce – „Za murami poprawczaka” (Oficyna Wydawnicza ŁOŚGRAF, ISBN  978–83–87572–09–9). Dlaczego?

           - Bo to bardzo śliski temat i różni koledzy  po fachu szczerze mi odradzali upubliczniania tej bardzo kontrowersyjnej problematyki. Niektórzy wręcz sądzili, że biorąc się za ten temat, niepotrzebnie narażam siebie i innych na społeczną dezaprobatę i kompletne niezrozumienie naszych zawodowych problemów i etycznych dylematów. Jakiekolwiek bicie wychowanków jest przecież w naszych placówkach surowo zabronione. Swego czasu, w okresie szalejącej medialnej nagonki na nasze zakłady, za domniemane  przypadki używania siły fizycznej, wyleciało z pracy wielu pracowników. Niektórych ostro  ukarano lub wyrzucono bardzo słusznie, bo w naszych zakładach nie powinni pracować ludzie ze skłonnościami  sadystycznymi, ale nie wszystkie ówczesne decyzje były wtedy sprawiedliwe i właściwie wyważone. Taka pokazowa czystka i ciągłe najazdy przeróżnych kontroli i inspekcji, zaowocowały wkrótce znacznym obniżeniem  zakładowej dyscypliny i żywiołową falą niebezpiecznych buntów. Żaden zakład i żaden  dyrektor, który doświadczył  takiej nagonki i który potem musiał zmierzyć się z takim groźnym buntem, na pewno  nie chciałby przeżywać tego po raz drugi.

            Czy więc powinno się publicznie zadawać to kłopotliwe pytanie?   

            Uważam, że – tak!  Szczerze pisać o tym trzeba i nawet - warto! Dlatego, mimo początkowych obiekcji –  zdecydowałem się zamieścić w swojej niedawno wydanej książce – „Za murami poprawczaka” – specjalny rozdział poświęcony tej właśnie, bardzo śliskiej i kontrowersyjnej problematyce. Mój wydawca doszedł jednak do wniosku, że jest to rozdział na tyle ważny i ciekawy, że powinien on być potraktowany  jako inspirujący początek (taki przysłowiowy – „kij w mrowisko”) II części mojej książki, do napisania której ów Wydawca bardzo mnie zachęca i namawia. Dlatego –  faktycznie  nie znajdziemy tego rozdziału w aktualnym wydaniu mojej książki, gdyż został on odłożony do następnej literackiej okazji, ale już teraz można go jednak swobodnie przeczytać w postaci tego właśnie artykułu.

 

- "Czy tu biją?" „Czy wychowankom w zakładach popawczych nie dzieje się jakaś dotkliwa krzywda?” Czy istnieją jeszcze karne izolatki? Kto i za co tam trafia i co tam faktycznie się dzieje?  To przecież bardzo naturalne i częste pytania.  Zadają je  bowiem nie tylko nowoprzybyli wychowankowie i ich rodzice,  ale także różni dziennikarze, politycy oraz ludzie z rozmaitych komisji i kontroli. Tak, czy inaczej – pracując w poprawczaku, przed tymi pytaniami daleko nie uciekniemy i wcześniej, czy później ktoś  nam je zada. Czasem to będzie uczciwe  poszukiwanie prawdy, a czasem niestety  – tylko szukanie jakiegoś haka lub taniej sensacji.

 

             Podczas jednego z naszych dyrektorskich spotkań na tzw. luzie, czyli przy wieczornym piwku po skończonej naradzie   - padło właśnie to sakramenckie pytanie - czy w waszych zakładach bije się wychowanków? Koledzy spojrzeli najpierw po sobie, potem kątem oka zerknęli na pilnie wpatrującego się w nas wizytatora i zaczęli z coraz większym „przekonaniem”  wykrzykiwać:

            -   Ależ skąd!

            - Takich drakońskich praktyk w naszych schroniskach i zakładach w ogóle się nie stosuje!

- To już nie te czasy i nie te metody!

            Słuchałem tych wypowiedzi z wielkim zdumieniem. Co, jak co – ale  sprytnie grać odpowiednimi  kartami, to my dyrektorzy jednak umiemy – pomyślałem z przekąsem i również kątem oka zerknąłem na naszego wizytatora. Myślę, że on pomyślał wtedy to samo, bo dobrze znał on nasze zakłady i nie był naiwniakiem. Po dość szybkim wyczerpaniu owej strategicznej listy zapewnień pod tytułem - "u mnie nigdy" albo "u mnie na pewno nie" zapadła kłopotliwa cisza i wtedy zdecydowałem się na wsadzenie przysłowiowego kija w mrowisko. Ten kij był chyba nader sękaty, bo w naszym mrowisku niebawem znowu mocno zawrzało i to chyba z pedagogicznym pożytkiem dla każdego z nas.     Otóż, odstawiwszy na bok swoją puszkę piwa, wstałem i powiedziałem tak:

            - Słuchajcie koledzy: jeśli któryś z was, pracuje w tym zawodzie dłużej niż 10 lat i był nie tylko dyrektorem, ale także zwykłym wychowawcą, a mimo to nigdy dotąd nie uderzył żadnego swojego wychowanka - to niech śmiało wyciągnie rękę, a ja ją  z szacunkiem przy wszystkich tu pocałuję, jakby to była ręka wielebnego biskupa.

             Po chwili kompletnego zaskoczenia, rozbrajająco dodałem – mnie jednak proszę w rękę nie całować, bo do takich szlachetnych szczęśliwców ja  niestety zaliczyć się nie mogę.

             Wszyscy koledzy wraz z wizytatorem parsknęli  wtedy spontanicznym śmiechem, a potem wstał jeden z długoletnich dyrektorów i powiedział też coś zupełnie nieoczekiwanego:

 - Szczerze mówiąc mnie również Ryszardzie nie musisz tu całować jak biskupa, bo nie jeden raz w swojej długiej pracy, musiałem używać tej oto twardej ręki. Mówiąc to – pomachał mi przed nosem  swoją potężną dłonią i znowu usiadł przy swoim piwie z miną poważnie zamyśloną.

            Inni o dziwo, też niebawem zaczęli  po kolei wykrztuszać:

- mnie też nie całujcie

- i mnie nie

- i mnie także -nie...

Atmosfera bardzo się ożywiła i co ciekawe - zaczęła się szybko i spontanicznie rozwijać pasjonująca i szczera dyskusja na ten tzw. śliski temat. Po prostu - zaczęliśmy coraz śmielej wykładać swoje prawdziwe  karty na stół.  Rozmawialiśmy wtedy ze sobą bardzo emocjonalnie, ale też - rzeczowo i szczerze – o tym, kiedy i dlaczego dochodzi w naszych placówkach do używania lub... nadużywania siły; kiedy jest to dozwolone, kiedy wręcz niezbędne, a kiedy takie działania są  absolutnie niedopuszczalne lub bardzo szkodliwe. To była naprawdę bardzo szczera, koleżeńska dyskusja, która wtedy chyba nam wszystkim  trochę szerzej otworzyła  oczy.

 

             A oto inne, ściśle związane z tym tematem zdarzenie. Zostałem kiedyś zaproszony na  bardzo prestiżowe spotkanie z sędziami rodzinnymi, mediatorami  oraz  propagatorami nowoczesnej resocjalizacji z kilku krajów Europy. Jednym z głównych organizatorów tej konferencji była niezwykle zacna i powszechnie szanowana pani doktor pracująca wówczas w Senacie,  od kilku lat mocno zaangażowana w lansowanie modelu tzw.” humanitarnej resocjalizacji”. Ja również bardzo ją ceniłem i nadal cenię, ale też uważałem, że w swoich pedagogicznych marzeniach i poglądach jest ona jednak dosyć skrajna i trochę naiwna. Wizytując różne zakłady z ramienia specjalnej, senackiej komisji, miała ona bardzo wiele zastrzeżeń i uwag, związanych z konkretną pracą resocjalizacyjną w poszczególnych placówkach, z których na pewno wiele było w pełni uzasadnionych, ale niektóre jej zarzuty były w moim przekonaniu zbyt uogólnione i krzywdzące. W toku kilku spotkań i dość emocjonalnych dyskusji nasze poglądy znacznie się zbliżyły, ale na wiele spraw związanych z praktyczną resocjalizacją, nadal patrzyliśmy przecież z zupełnie innej perspektywy. Być może dlatego zostałem przez nią na tą  konferencję specjalnie zaproszony.

            Trzeba przyznać, że  konferencja była bardzo ciekawa i świetnie zorganizowana. W polskiej resocjalizacji jak wiadomo dominują cyklicznie bardzo różne tendencję i mody. W zależności od aktualnej sytuacji politycznej,  zaleca się w naszych poprawczakach albo mocne „dokręcanie śruby" albo wprost przeciwnie – "głaskanie  wychowanków po głowie” i unikanie jakichkolwiek ostrych kar. Wspominana tu konferencja wpisywała się wówczas dość jednoznacznie w ową drugą modę, czyli –  modę na głaskanie.

            Po kilku ciekawych referatach, wywiązała się nie mniej ciekawa dyskusja. W pewnym momencie owa zacna organizatorka tej poważnej konferencji, zwróciła się do  mnie z takim oto tekstem:

            -  Panie Ryszardzie - ja wiem, że Pan  tych swoich chłopaków  lubi i szanuje - prawda?

            Nim zdążyłem cokolwiek powiedzieć, niemal wszyscy spojrzeli na mnie z widoczną życzliwością i spontanicznie zaczęli bić brawo. Po chwili owa Pani, ku zaskoczeniu nas wszystkich dodała:

- A jednak podobno Pan także czasem ich bije - czy to też prawda?

             Po tych kilku niespodziewanych słowach usłyszałem na sali dość głośny pomruk powszechnej dezaprobaty i jak to mówią moi chłopcy - "ostro przyjarałem cegłę", czyli po prostu mocno się stremowałem i zaczerwieniłem. Szybko się jednak zreflektowałem i z dobrze udawanym spokojem –  zapytałem:

 – A co by Pani zrobiła w sytuacji skrajnie trudnej, kiedy agresja jakiegoś wychowanka zagraża czyjemuś zdrowiu lub życiu? Jaka jest  na to Pani recepta i rada?

            Na sali zrobiła się kompletna cisza. Po chwili usłyszałem:

 - Noo wiee Pan - są różne, nowoczesne sposoby skutecznego rozwiązywania takich właśnie trudnych problemów.

- Jakie?

- Noo  na przykład – muzykoterapia, psychodrama, mediacja albo... joga...

             Szybko uczepiłem się tej właśnie jogi, dobrze wiedząc że od szeregu lat owa pani doktor intensywnie ją uprawia.

- No tak - powiedziałem - ma Pani świętą rację. Przecież  stojąc przed takim agresywnym dryblasem z długim nożem w ręku, powinienem mu chyba  rzeczywiście zaproponować jogę, najlepiej... klasyczną pranajamę w pozycji lotosu, a wtedy na pewno zacznie się on głośno śmiać, a nawet trząść się ze śmiechu i nóż mu  z ręki sam wyleci.

            Puknąłem się po aktorsku w czoło i z widoczną  skruchą dodałem

- Że też sam jakoś na to nie wpadłem?!

            Po tym moim, nieco szubrawym  wyznaniu, niemal wszyscy zaczęli się głośno śmiać i o dziwo - znowu usłyszałem jakieś spontaniczne brawa.

             Pani doktor, chyba się wtedy na  mnie zbytnio nie obraziła, bo też się ciepło uśmiechnęła i szybko zmieniła temat, ale... ale wkrótce zjawiła się niespodziewanie  w moim zakładzie z zamiarem  lepszego jego poznania. Chodząc wraz z nią po zakładzie, zauważyłem, że wiele rzeczy się  jej wyraźnie podoba. Czyste i estetycznie urządzone pomieszczenia, swobodna, niemal rodzinna atmosfera, rozmowni pracownicy, dość mili chłopcy... Pani doktor nie kryła swego szczerego podziwu i zadowolenia, ale... ale bez trudu też rozszyfrowałem, co ją tu najbardziej interesuje. Chodząc po korytarzu, brała za ramię kolejnych chłopaków i dyskretnie przykładając rękę do ust, zadawała im cicho wciąż to samo  pytanie – „czy tu was biją?” Chłopcy się tylko pobłażliwie uśmiechali i nie byli skorzy do jakiegokolwiek wynurzeń na ten temat. A jeden z nich puścił do mnie porozumiewawcze oko, przyłożył rękę do ust, podobnie jak ona i powiedział dobrze słyszalnym półgłosem:

            -  każą nam mówić, że nie biją... poczym  szybko odskoczył na bok z wielce zagadkowym uśmiechem.

            Po dotarciu do mojego gabinetu, jak bumerang wróciło znowu to samo pytanie, tym razem skierowane prosto do mnie 

            - Czy i jak często się tych chłopców tu bije?

            Ja na to

– Przecież Pani sama próbowała ich o to zapytać, więc chyba wszystko Pani już wie?

            - Niestety – nic nie wiem – powiedziała wyraźnie zawiedziona.

            - No cóż, moi chłopcy są po prostu dobrze wychowani i swój honor mają. Dlatego nie chcą się bawić w żadne kablowanie ani w żadne tajne donosy na swojego dyrektora. Zakład - to zakład, pieszczochami tu może nie jesteśmy, ale zapewniam Panią, że wychowanków się tu celowo i złośliwie nie gnębił, a kary są na ogół wymierzane zgodnie z regulaminem i proporcjonalnie do winy. Zdarzają się  jednak czasem i takie sytuację, kiedy pozaregulaminowe użycie fizycznej siły jest tu w moim przekonaniu w pełni uzasadnione i nawet pilnie potrzebne.
             Pani doktor spojrzała na mnie przenikliwym wzrokiem i chciała zapewne  po swojemu zacząć mnie pouczać i "resocjalizować", ale ja szybko wziąłem ją za rękę i grzecznie podprowadziłem do regału. Z wielkim namaszczeniem i bardzo powoli zacząłem otwierać dużą  szufladę, stopniowo odsłaniając jej oryginalną zawartość. A doprawdy - było tu na co popatrzeć. Obok wielkiej łychy, podarowanej mi kiedyś przez wychowanków,  z dowcipnym komentarzem, że jestem  chyba  najchudszym dyrektorem w Polsce, więc taka łyżka powinna mi się przydać, oraz mapy z sympatycznym podpisem : "Tatusiowi - kochające dzieciaki", były też i takie eksponaty, że na ich widok, pani doktor robiły się coraz większe oczy i wyraźnie zmieniała się mina. Pytała się więc z rosnącym niepokojem:

            -  Co to jest i czemu to służy?

            - To jest takie moje małe muzeum. Muzeum rzeczy podarowanych i rzeczy odebranych.

            - Odebranych? Komu? - spytała?

– Odebranych i to czasem z wielkim trudem, moim wychowankom - stwierdziłem z rozbrajającą szczerością i pedagogiczną zadumą.

             -  No i cóż my tutaj mamy? Zacząłem po kolei  wyjmować  różne przedmioty i z grubsza je opisywać. – To jest na przykład elektryczna maszynka do szybkiego robienia tatuaży - prawdziwe cudo zakładowej techniki. A to - buzała - zrobiona z brzeszczotów. Do czego? Wiadomo, do  błyskawicznej produkcji czaju np. w gustownie pomalowanych kloszach, wiszących pod sufitem, a często nawet nad głową sprytnie oszukanego wychowawcy. Ta piękna pseudobranzoletka z ozdobnymi kolcami - to po prostu artystycznie zakonspirowany kastet. Do czego? Do poszatkowania  twarzy jakiemuś nie lubianemu chłopakowi lub wychowawcy. Ten cienki szpikulec - to dość łatwe do ukrycia narzędzie do dziobnięcia w zbyt ciekawskie oko, zaglądające np. przez tzw. judaszka. Te zadziorne kotwiczki, śruby i  stalowe „jeżyki” sprytnie zaciśnięte gumką - to takie specjalne, świąteczne smakołyki. Dlaczego świąteczne? - Bo to zwykle przed samymi świętami chłopaki apetycznie je łykają, a potem jadą z tym żelastwem w brzuchu prosto do szpitala, aby szybko stamtąd uciec gdzieś na melinę albo do swojego domu. – Misternie zawiązana pętla - wiadomo - do powieszenia kogoś lub samego siebie.

Wyciągałem co raz to nowe eksponaty, wywołując coraz większe zdziwienie i coraz głośniejsze okrzyki jakiegoś lęku lub zdziwienia, aż w końcu sięgnąłem po gigantyczny nóż, zrobiony po kryjomu na warsztatach, z mocnej resorowej stali. Popatrzyłem Pani doktor prosto w oczy i powiedziałem:

            - Na tej konferencji mówiąc o nożu i jodze, miałem na myśli ten właśnie "scyzoryk"... 

            Pani doktor  odruchowo odskoczyła na bok i na chwilę jak gdyby zaniemówiła. Po czym przerywanym głosem zaczęła mnie usilnie utwierdzać w oczywistym przekonaniu , że przy użyciu takiego narzędzia przez wyrośniętego i agresywnego wychowanka - joga mogła by jednak nie wystarczyć, a  i różne  inne  nowoczesne metody, byłyby   pewnie zbyt miękkie i zawodne.

            - Ja też tak myślę – powiedziałem z lekkim uśmiechem - i bardzo się cieszę, że coraz lepiej  się rozumiemy. 

            Z tą sympatyczną Panią doktor - osobą  wielkiego serca i wielkiej dobroci dla każdego człowieka, w tym także dla ludzi z za krat, spotykałem się potem jeszcze wielokrotnie. Swego czasu braliśmy też razem udział w pracach specjalnej komisji (powołanej przez ówczesnego Naczelnika naszego Ministerstwa – Romualda Sadowskiego), opracowującej zasady używania tzw. środków przymusu bezpośredniego, mogących  mieć zastosowanie w naszych resocjalizacyjnych placówkach. Podczas kolejnych posiedzeń tejże  komisji toczyły się bardzo ostre  spory i wcale nie łatwo było nam praktykom resocjalizacji, przeforsować konkretne zapisy do oficjalnego rozporządzenia, regulującego te trudne kwestie w sposób humanitarny i jednocześnie  skuteczny. Odpowiednie rozporządzenie zostało w końcu wydane i obowiązuje do dziś, podnosząc dość istotnie poziom bezpieczeństwa pracy w naszych placówkach, ale w porównaniu z bliźniaczym rozporządzeniem dotyczącym więziennictwa jest ona znacznie okrojone i w moim przekonaniu wymaga ponownej weryfikacji. Takie zresztą już wtedy były nasze postulaty, aby kolejne  jego wersję –  wynikały z praktycznego doświadczenia oraz  aktualnych potrzeb i wymogów   życia. Wysoki poziom demoralizacji, brutalizm zachowań naszych nieletnich oraz wyraźna akceleracja  ich fizycznego rozwoju stwarza dziś na pewno pilną potrzebę opracowania bardziej skutecznego rozporządzenia, niż tamto, z wielkim trudem wówczas przeforsowane. Myślę, że mam moralne prawo się o to upominać, gdyż chyba tylko ktoś bardzo złośliwy mógłby mnie podejrzewać o jakiekolwiek tendencje do złośliwego gnębienia naszych wychowanków. Dla mnie, podobnie jak dla wspominanej tu pani doktor,  każdy z nich, nawet ten najtrudniejszy był zawsze Kimś bardzo ważnym – zasługującym na szacunek i naszą konkretną pomoc, ale bez naiwnych złudzeń i niebezpiecznej uległości.

.           Nasze poglądy (myślę tu o owej szlachetnej pani doktor), coraz bardziej się zbliżały i nie  prowadziły już potem do żadnych ostrych dyskusji, ani żadnych pedagogicznych zgrzytów. Czasem nawet żartowałem, że Pani doktor wyraźnie się już "zresocjalizowała", bo zamiast nas starych zakładowców dalej ostro atakować, coraz lepiej nas rozumie i coraz częściej  broni.

 

             Także inna, bardzo aktywna pani doktor, w moim  przekornym przekonaniu, też się już  znacznie "zresocjalizowała" i dużo lepiej rozumie realia naszej zakładowej rzeczywistości.  Jeżdżąc na liczne  kontrole (z ramienia Rzecznika Praw Obywatelskich), odwiedziła ona niemal wszystkie placówki resocjalizacyjne w Polsce.  Chociaż wielu dyrektorów nadal panicznie się jej boi, to jednak z głębokim przekonaniem chcę tu  powiedzieć, że  jest to jednak osoba bardzo rzetelna i inteligentna, z dużym poczuciem humoru i wrodzoną życzliwością. Myślę więc, że się nie obrazi, jeśli trochę tu napiszę  o jej pierwszej  wizycie w naszym zakładzie – kiedy to przyjąłem ją w roli tzw. – „aparatu ucisku” . Tym „pieszczotliwym” określeniem, obdarzałem zwykle wszystkie nasze dość liczne kontrole i na ogół nikt się za to nie obrażał. Ona – też nie.

          Wścibską panią doktor zainteresowała  wtedy w sposób szczególny tzw. kabaryna, czyli  izolatka dla naszych podpadziochów. Ponieważ to z mojej własnej inicjatywy, te specjalne pomieszczenia    po nowemu u nas zorganizowano i odpowiednio (dość siermiężnie) wyposażono, to nie mogłem  ich nie pokazać.

            Zachodzimy więc razem do tej kabaryny, spoglądam na panią doktor i co widzę? – Szok!

           - Co to jest, co to jest, czemu to ma służyć? - Pyta mnie wyraźnie zdenerwowana.

           –To? - Pytam z lekkim zakłopotaniem - i szybko wyjaśniam - to jest takie sobie –  „życie w pionie”.

           - Jak to w pionie?

           - Bo jak sama Pani widzi, znajdujący się tu wychowankowie bardziej stoją niż leżą, chociaż z natury – wolą L.B., czyli – przysłowiowe „leżenie bykiem” – na brzuchu lub do góry wentylkiem.

           - A dlaczego  mają tu tylko ten jeden taboret, chociaż jest ich dwóch?

           -  To dobre pytanie - powiadam - może chłopcy sami  nam to wyjaśnią?

            Na to jeden z chłopaków podchodzi trochę bliżej i mówi grzecznie - dzień dobry. Po chwili  całkiem spokojnie tłumaczy, że przed kilkoma godzinami pobił się właśnie z tym oto kolegą i dlatego  siedzą  teraz sobie razem w kabarynie, mając tylko ten jeden lekki stołeczek do dyspozycji. Musieli się w końcu jakoś dogadać, który z nich będzie siedział w parzystych, a który w nieparzystych godzinach, bo ciągłe wyszarpywanie sobie tego stołka byłoby przecież meczące i nierozsądne. 

            - A czy rzeczywiście  już dalej się nie bijecie i czy faktycznie udało wam się  jakoś dogadać? - Pyta ze zdziwieniem pani doktor.

           - Pewnie, że tak - czy tego nie widać? - wykrzykuje drugi chłopak i po chwili ze szczerym  uśmiechem obaj przyjaźnie podają sobie ręce.

   Pani doktor z jeszcze większym zdziwieniem pokręciła głową i zaczęła bacznie się wpatrywać w to smętne pomieszczenie.

            - A dlaczego nie ma tu żadnego łóżka?

         - Bo łóżko bywa czasem sprzętem bardzo niebezpiecznym – powiadam. Ono przecież znacznie ułatwia ewentualne próby samobójcze  i samookaleczenia, a także może być użyte do skutecznego blokowania szybkiego wejścia strażnika lub wychowawcy.

            - To chłopaki śpią tu  jak bociany – także  na stojąco?

            - Ależ skąd! Na noc dostają oni porządne, choć trochę ponadgryzane materace.

            - Dlaczego ponadgryzane? – pyta z niepokojem – czy za mało  chleba  tu  dostają?

            – Chleba i zupy dostają oni tyle ile trzeba, ale niedawno  jeden z naszych wychowanków, najadł się jeszcze dodatkowo  gąbki z materaca, gdyż był kompletnie pijany i w ten to oryginalny sposób chciał pewnie podleczyć swego potężnego kaca.

            - Przecież to niezdrowe i obrzydliwe - stwierdziła z niesmakiem  pani doktor, śmiesznie wykrzywiając usta.

             - Chyba nie bardziej, niż ten denaturat, którego się na przepustce ów chłopak  nażłopał.

            – A dlaczego oni mają na sobie takie  jaskrawo czerwone dresy?  

            – Czyżby nie gustowne?

             – No nie, ale bardzo rzucają się w oczy

             – I oto tutaj właśnie chodzi – żeby rzucały się w oczy. Jeśli taki chłopak uciekając z zakładu będzie szybko mijał jakąś babcię pasącą konie lub krowy, to ta babcia pewnie nie zauważy jakie miał on tatuaże, jakie włosy i jakie oczy, ale to, że biegł on właśnie w takich śmiesznych, czerwonych dresach – zapamięta na pewno. Oczywiście, jeśli przy tym tej babci nie zakatrupi i nie odjedzie w jej przebraniu, na skradzionym kopytniku.

            – Mógłby to zrobić?

            – Raczej nie, ale czasem – tak! Zakładowi uciekinierzy bywają nieraz bardzo groźni, dlatego niezależnie od policji, organizujemy w przypadku każdej ucieczki  swój własny  szybki pościg i te ich czerwone dresy są wtedy bardzo pomocne.

             – I udaje się ich wtedy złapać?

            – Bardzo często tak, bo przecież dużo lepiej ich znamy niż policja. Bywają jednak  także pościgi  całkiem nieudane, albo nie potrzebne, bo po kilku godzinach męczącej włóczęgi  chłopak sam wraca do zakładu.

            – I niechybnie trafia tu – do izolatki?

            – Nie koniecznie. Jeśli jest to chłopak z wysokim poczuciem honoru i zapewnia, że ponownie nie ucieknie, to otrzymuje jakąś inną regulaminową karę i  od razu kierujemy go na lekcje lub do grupy. Na bierne siedzenie w izolatce, czasem po prostu  – szkoda czasu.

            – Takie siedzenie nie musi przecież być bierne?! 

            – I na ogół takim nie jest. Zarówno nowi wychowankowie, którzy też są czasowo odizolowani gdyż  przebywają w tzw. „przejściówce” (o znacznie lepszym standardzie), jak i  „podpadziochy” mają bowiem organizowane systematyczne zajęcia w specjalnie do tego celu przeznaczonej świetlicy. Tak się składa, że te intensywne i mocno zindywidualizowane zajęcia z tymi najtrudniejszymi w danym momencie chłopakami prowadzi zwykle  moja córka.

            – I chce ona tu  pracować  z takimi właśnie najtrudniejszymi wychowankami?

            – Nie wiem czy chce, ale jak się okazuje – talent pedagogiczny odziedziczyła ona zapewne po swoim ojcu, więc całkiem dobrze sobie z nimi radzi i ciekawych pomysłów też jej nigdy nie brakuje. Oprócz niej do tej „kabaryny” zaglądają też często, a przynajmniej powinni zaglądać także inni nasi pracownicy, więc ci chłopcy mimo pewnej oczywistej uciążliwości, nie powinni czuć się jakoś bardzo osamotnieni. Ja także odwiedzam ich tu nader często, bo lubię sobie z takimi „podpadziochami” wesoło lub poważnie porozmawiać. To jakoś rozładuje ich psychiczne  napięcia i umożliwia szybki i bezpieczny powrót na grupę.

      – A jak długo owi  „podpadziochy”  siedzą w takiej izolatce?

             – To zależy od chłopaka  i od konkretnej sytuacji – czasem taki delikwent przebywa tu tylko kilka godzin np. do wytrzeźwienia, albo uspokojenia swych mocno wzburzonych nerwów, czasem jednak jest to kilka dni, ale nigdy nie powinno to być dłużej  niż dwa tygodnie. Jeśli ktoś uważa, że to za krótko, to radzę samemu zakosztować tego luksusu, a wtedy dosyć szybko zmieni zdanie. Człowiek jest jednak z natury  istotą towarzyską i społeczną, i to dobrze, bo w przeciwnym razie w zakładach musiały by być chyba tylko same izolatki, a to byłby pedagogicznym koszmarem.

            - A dlaczego  w tej... „kabarynie” jest  tak mroczno i czy nie przeszkadza to chłopcom w  czytaniu? 

            - No cóż, zdaniem ekspertów, luksów jest tu rzeczywiście  troszkę za mało, ale wynika to z naszej zakładowej architektury oraz z elementarnych wymogów bezpieczeństwa.

            - Jak to?

            - A tak to droga pani, że nasi chłopcy bardzo lubią podłączać kogoś lub siebie do prądu i dlatego lampy oświetleniowe są jak pani widzi zainstalowane nie w środku, ale na  zewnątrz tych pomieszczeń.  To jednak przy tak gęstej siatce, nieco osłabia oświetlenie, ale chłopców to zbytnio nie martwi, gdyż zachłannymi czytelnikami, to oni jednak nie są. Zresztą  jak już powiedziałem – dobrą okazję do czytania mają oni podczas zajęć świetlicowych, które na ogół bardzo lubią, a „kabaryna” jest  raczej tylko – ich „świątynią dumania”.

            - Ta stalowa siatka jest faktycznie gruba oraz dosyć gęsta i czy aby nie za gęsta?

             - Nie -  Ona jest w sam raz. Jej oczka są bowiem dokładnie dopasowane do rozmiarów typowego papierosa, a to bardzo ważny parametr.

-  A co ma piernik do wiatraka, a papieros do siatki?

- Piernik do wiatraka? Ano ma - trzy litery: i, r, k.  A mówiąc trochę poważniej, to przez te dziurki w siatce, podaję czasem chłopakom papierosy. Na palenie tytoniu mają oni przecież błogosławieństwo samego ministra.  Dzięki tej gęstej siatce, mam jednak nad tym nałogiem pełną kontrolę. Przysysa się taki chłopak do wetkniętego w siatkę papierosa niczym niemowlę do smoka i ciągnie, aż mu dym leci uszami , ale  ja zawsze po kilku głębszych zaciągnięciach mogę skutecznie ogłosić - "koniec palenia" i szybko wycofać trzymanego w ręku  papierosa. Jak mam dobry humor, to pracuję wtedy nawet na dwie ręce, obsługując naraz dwóch podpadziochów. Praktyczne i  proste - no nie?

            Chłopaki parsknęli śmiechem, a pani doktor też się  z lekka uśmiechnęła i szczerze wyznała:

            - Panie dyrektorze, teraz to ja już w ogóle nie wiem, kiedy pan mówi poważnie, a kiedy żartuje i co jest tu prawdą, a co tylko pokrętnym bałachem?

            - Droga Pani – „bałachy” – to ponoć moja specjalność, a  nieszkodliwe zakładowe żarty to jak gdyby druga nasza natura. Oczywiście nie wszystko o czym tu rozmawiamy jest takim  – „pokrętnym bałachem”, ale rzeczywiście trochę sobie tu żartuję i jeśli pani to przeszkadza – to przepraszam.

             – Ależ skąd – bez dobrego poczucia humoru, w poprawczaku pracować się chyba nie da?

             – I ja tak myślę –  więc jednak mamy jakiś przynamniej jeden wspólny pogląd.  Ale   pozwoli pani, że teraz to ja  zadam tu  całkiem poważne pytanie

             - Bardzo proszę, niech pan pyta.

            - To pytanie będzie jednak skierowane  nie do pani, ale do obecnych tutaj  podpadziochów.

            Chłopaki spojrzeli na mnie z niepokojem, a ja szybko otworzyłem żelazne drzwi kabaryny i wszedłem do środka. Klepnąłem dość mocno chłopaków po ramieniu  i spytałem:

             - Czy tu, w tej oto kabarynie jest wam  teraz źle, czy dobrze?

 Chłopaki spojrzeli na siebie, potem na panią wizytator, a w końcu na mnie i zauważyłem, że mają duży kłopot, gdyż zupełnie nie wiedzą co powinni powiedzieć. Dodam tu nieskromnie, że zawsze miałem bardzo dobry kontakt ze swoimi  wychowankami i to teraz nawet w tych przykrych dla nich okolicznościach wyraźnie  procentowało. Nie chcieli po prostu na mnie kablować, abym z tego powodu nie miał jakichś poważnych przykrości. Widząc to ich wyraźne zakłopotanie, ciepło się do nich uśmiechnąłem i powiedziałem:

            - Słuchajcie chłopaki - ja bardzo sobie cenię wasz honor i tą naszą zakładową solidarność, ale bardzo proszę, abyście powiedzieli  prawdę. No więc jak - jest wam tu teraz  dobrze, czy źle?

             - Chłopaki znowu spojrzeli na siebie, na naszego gościa i na mnie, a po chwili wahania jeden z nich wydusił

             -  noo – raczej źle... 

             - A jak wam powinno być w takiej właśnie kabarynie? Zadałem następne pytanie

            - Noo chyba - powinno być nam źle...

             - Chyba, czy na pewno? Spytałem.

             - Noo, raczej na pewno - źle - próbują nieporadnie  przekonywać siebie i nas obaj wychowankowie.

            - Dlaczego?

            - Bo mocno narozrabialiśmy i  zasłużyliśmy na karę. Gdyby było tu za dobrze, to nie byłaby to przecież żadna kara i wielu chłopaków pewnie by wolało posiedzieć sobie w kabarynie, zamiast iść na warsztaty, albo na lekcje.

            - Masz rację! Ale czy wy  na pewno zasłużyliście na taką, dość surową  karę?

             Chłopaki znowu  trochę się zmieszali i nie bardzo wiedzieli co mają powiedzieć.

            Wskazałem im wtedy naszego gościa, czyli panią doktor i zapewniłem ich, że ta właśnie pani jest wizytatorem z bardzo ważnej instytucji i mocno im współczuje, więc  jeśli tylko zechcą, to na pewno załatwi im jakiś inny zakład bez takiej kabaryny i bez takiego „bezdusznego” dyrektora jakim jestem ja. Ta pani zna bowiem wszystkie zakłady w Polsce i  ma takie możliwości.

             - Po tej konkretnej  propozycji obaj wychowankowie zaczęli nagle  dość szybko i nerwowo chodzić po kabarynie, a jeden z nich wykrzyknął, że on wcale nie chce  stąd wyjeżdżać do żadnego innego zakładu,  drugi zaś dość niegrzecznie powiedział i pokazał jak on traktuje takich gości, którzy tu przyjeżdżają z takimi właśnie  "wspaniałymi"  propozycjami.

            Szybko uspokoiłem swoich chłopaków, że skoro chcą tu nadal zostać, to ja ich nigdzie nie oddam, a ta sympatyczna pani nie przyjechała tu  wcale po to, aby ich przenosić do innego zakładu, tylko aby zobaczyć, czy nie dzieje im się tu jakaś wielka krzywda. Chłopki wyraźnie się rozluźnili, Pani doktor – też się  miło  uśmiechnęła, a ja zadałem tym podpadziochom następne, kłopotliwe pytanie.

             – Ta Pani chce też pewnie wiedzieć – jak często się  tu was bije, więc spróbujmy precyzyjnie odpowiedzieć jej na to pytanie.

Pani doktor bardzo się zmieszała i spojrzała na mnie z ogromnym zaskoczeniem, ale po chwili  także sama powtórzyła to pytanie. Chłopaki widząc moją, dobrze im znaną  szubrawą minę, szybko domyślili się  co jest tu grane i wyskoczyli z takim oto,  nieraz już powielanym tekstem:

            – Noo, bije nas się tu bardzo rzaadko, bo tylko w dni targowe, czyli we wtorki i w piątki.

            – Pani doktor o mało co nie przysiadła z wrażenia.

            – Biją was w każdy piątek i w każdy wtorek, a wy mówicie to z takim spokojem?! – Spontanicznie wykrzyknęła.

           – Nie w każdy, nie w każdy – bo w ostatni wtorek chyba nawet nikt u nas nie dostał?

 – Rzeczywiście – było takie przeoczenie – dodałem – skleiły się kartki w moim kalendarzu i jakoś  tak niezdarnie wyszło, ale już w piątek jak pamiętacie, wszystko wróciło do normy.

– Pani doktor zaczęła na mnie patrzeć coraz groźniejszym wzrokiem, więc szybko  znowu   mrugnąłem nieznacznie do chłopaków i zacząłem namiętnie tłumaczyć, jakim to „pedagogicznym dobrodziejstwem” jest taki  właśnie terminalny system kar.

            – Powiedzmy, że jakichś nasz wychowanek ostro narozrabiał np. w  środę. Otóż, wcale nie oberwie on tego właśnie dnia, ale dopiero w piątek. Do tego czasu ma on wiele okazji, aby przeprosić wszystkich tych, którym nadokuczał, a jego wychowawcy też przez ten czas trochę uspokoją się nerwy. W efekcie zamiast 10 pasów na pupę, dostanie on np. już  tylko 8, a to przecież duży zysk i dla niego i dla wychowawcy, bo ukaże go trochę mniejszym wysiłkiem.

            Pani doktor, spojrzała na mnie z wyrzutem i chyba chciał coś mi powiedzieć, ale ja szybko dodałem

            – Wiedząc o takiej właśnie możliwości nadzwyczajnego  złagodzenia kary, nasi chłopcy po rozróbie, nie próbują nawet uciekać, bo i po co? Możemy więc spokojnie zrezygnować z przywiązywania im ołowianych  kul do nogi, bo to zawsze jest jakieś takie –  nieeleganckie i niehumanitarne.

            Chłopaki w tym momencie już nie wytrzymali i zaczęli głośno rechotać, a po chwili mocno zdezorientowana Pani doktor wypaliła:

            – Znowu robicie mnie w konia i to wspólnie z dyrektorem – nicponie! – i po chwili także serdecznie się roześmiała.    

            Potem przeszliśmy do mojego gabinetu i długo jeszcze, już bez tych szubrawych „bałachów”, ale bardzo szczerze dyskutowałem z sympatyczną panią doktor na różne śliskie tematy, bezpośrednio związane z naszą codzienną pracą w poprawczaku. Dużo też rozmawialiśmy o poszanowaniu godności i potrzebie szacunku dla wychowanka. W niektórych kwestiach nasze poglądy były bardzo zbieżne lub nawet dokładnie takie same, w innych - raczej nie, ale na pewno z obu stron była już wtedy  szczera wola wzajemnego zrozumienia i chyba podobne poczucie humoru. To wzajemne zrozumienie i wzajemny szacunek z biegiem lat coraz bardziej się pogłębiał i dlatego z prawdziwą radością mogę dziś powiedzieć, że pani doktor się naprawdę bardzo „zresocjalizowała”. A ja? - Mam nadzieję, że chyba - też, chociaż pani doktor, będąca dzisiaj moją koleżanką z tej samej uczeni - nadal studentom namiętnie opowiada, że charakterystycznym wyróżnikiem  „Zakładu  Makowskiego” w Laskowcu - było tzw. „życie w pionie”! Mówi to jednak z pewnym przymrużeniem oka i pogodnym uśmiechem, więc - nie mam jej tego za złe, i wcale nie  protestuję. Co najwyżej  puszczam wtedy do studentów oko i dodaję, że moi chłopcy w Laskowcu  rzeczywiście prowadzili „życie  w pionie”, co oznacza tylko tyle i aż tyle, że  się... nie garbili, ale trzymali  zawsze prosto. – Dlaczego ? – Bo byli dumni z tego zakładu i ze swojego dyrektora!

Dobre poczucie  humoru  jest  bowiem potrzebne nie tylko w poprawczaku, ale także na uczelni, kształcącej przyszłych zapaleńców do tak stresującej, choć niezwykle ciekawej pracy.

 

            Przedstawione tu dość lekko i humorystycznie  autentyczne zdarzenia, ściśle związane z tym kłopotliwym pytaniem – „Czy tu biją?” – były  oczywiście w każdym przypadku tylko drobnym przyczynkiem i dodatkowym impulsem do długich poważnych rozmów  i szczerej dyskusji na ten trudny temat z naszymi zacnymi gośćmi. Każda z takich dyskusji zawsze trochę szerzej otwierała nam serca i oczy zarówno na prawa jak i obowiązki wychowanków oraz  pracowników, w takich właśnie wyspecjalizowanych  placówkach,  a także na realne możliwości skutecznego działania w sytuacjach szczególnie niebezpiecznych i ryzykownych. W zakładzie poprawczym realne zagrożenie bywa często  o wiele  większe niż we więzieniu. Tu też trafiają przecież groźni i silni  bandyci oraz impulsywni mordercy.   W sytuacji, kiedy nie bronią nas żadni uzbrojeni strażnicy, kiedy nie dysponujemy żadnym obronnym sprzętem, a naszym jedynym środkiem zaradczym jest słowo – nie jest wcale łatwo opanować skrajnie trudną sytuację bez jakiegoś niezbędnego wyłomu w  naszej przestarzałej „Ustawie o Postepowaniu w Sprawach Nieletnich”.  Szybkie  użycie fizycznej siły jest czasem jedynym pewnym rozwiązaniem, ratującym komuś zdrowie lub życie. Wielkim błędem i pedagogiczną nikczemnością jest jednak drastyczne nadużywanie tego środka. W naszej codziennej pracy, często się zdarza, że nie bardzo wiadomo jak się zachować w konkretnym przypadku. Silny stres, lęk, panika, wielkie zdenerwowanie – bywają czasem bardzo złymi doradcami.  Popełniamy wtedy różne błędy, które  mogą nas potem wiele kosztować – nawet własne życie. Łatwo to  później  krytykować, upubliczniać i służbowo rozliczać, ale nie można przecież takich incydentalnych zachowań – uogólniać  i na ich podstawie oceniać autentyczną pracę resocjalizacyjną naszych schronisk i zakładów. Jednym z ostatnich wielkich, bo z wielkim trudem wypracowanych autorytetów, jest jeszcze – autorytet wychowawcy poprawczaka. On nadal dosyć dobrze działa i znacznie ułatwia nam pracę. Inne wielkie autorytety, jak to gdzie indziej  wspomniałem są już bardzo zniszczone i dalej się je niszczy na naszych oczach. Ten wysoki wciąż autorytet wychowawcy i autorytet zakładu poprawczego, jako instytucji – też można szybko zniszczyć, np. przy pomocy nieuczciwych mediów, ale cena takiego bezmyślnego działania może być bardzo wysoka i  niesłychanie szkodliwa społecznie.

            Może ktoś powie, że ja tu za wszelką cenę bronię zakłady poprawcze i bronię pracujących tam  wychowawców. Tak – bronię! Bronię, bo – „marny to ptak, co własne gniazdo kala”, a zwłaszcza gdy to robi fałszywie, perfidnie i publicznie. Ale przecież, nie tylko o tą norwidowską sentencję tu chodzi. Bronię tu swoich kolegów po fachu przede wszystkim dlatego, że znam z autopsji prawie wszystkie zakłady poprawcze i schroniska dla nieletnich w Polsce. Znam też wiele podobnych placówek w innych krajach Europy. My tzw. zakładowcy naprawdę nie musimy popadać w żadne kompleksy.  Słabym ogniwem polskiej resocjalizacji wcale nie są zakłady poprawcze. Jest nim bardzo kulawa i nie dofinansowana profilaktyka oraz niemal zupełny brak rozsądnej opieki następczej. Dlatego nasza uczciwa i twórcza  zakładowa praca jest zawieszona w próżni i dlatego tak często jest po prostu marnowana.

            Nie twierdzę, że w naszych placówkach pracują sami zapaleńcy i ludzie bez skazy. Nie mówię, że nie popełniamy, czasem nawet poważnych i drastycznych  błędów. To także się zdarza. Są w naszych zakładach i tacy pracownicy, którzy powinni jak najszybciej z nich odejść.  Ale jest to jednak tylko margines.  W naszych zakładach i schroniskach pracuje bowiem  naprawdę bardzo wielu wspaniałych ludzi. Są wśród nich znakomici fachowcy i prawdziwi pasjonaci tego zawodu. Kochają swoją pracę i z należytą troską oraz  szacunkiem traktują  wychowanków. W uczciwych rozmowach wychowankowie często podkreślają, że w różnych zakładach nie dlatego bywa  źle, że są tam niedobrzy wychowawcy, ale dlatego, że to oni sami, wzajemnie sobie dokuczają i próbują tworzyć własne piekło. Tzw. drugie życie, a zwłaszcza grypsera jest w naszych zakładach wciąż  poważnym problemem. Nie można na to zjawisko przymykać oczu, ani nie można tolerować żadnych sadystycznych ekscesów.  Czasem trzeba działać bardzo ostro, pozornie nawet – nieproporcjonalnie do winy. Powiedziałem kiedyś, że nadmierny humanizm (przesadna tolerancja i uległość), bywa często bardzo niehumanitarny wobec najsłabszych. Polityka przesadnego głaskania naszych wychowanków i nierozważne naloty przeróżnych, nawiedzonych inspekcji jak wiadomo, zaowocowały przed kilkunastoma  laty wielkim rozzuchwaleniem się wychowanków i wielką falą niebezpiecznych buntów.

          – Czy zatem powinno się  zaniechać w naszych zakładach wszelkich, pedagogicznych inspekcji i kontroli?

          – Oczywiście, że nie! Tu potrzebna jest jednak duża rozwaga i szczere rozmowy nie tyko z różnymi wychowankami, ale także z pracownikami, co często jest jednak bagatelizowane i pomijane.

 

           Po tych dość ogólnych refleksjach i pedagogicznej wędrówce po wyboistych rubieżach naszej polskiej resocjalizacji, chciałbym raz jeszcze  powrócić na swoje własne podwórko.

Powiem tu bardzo szczerze, narażając się prawdopodobnie na dezaprobatę i zdziwienie  – dla mnie jako dyrektora – nie był najgroźniejszym i kwalifikującym się do natychmiastowego wyrzucenia ten wychowawca, któremu zdarzyło się uderzyć ( nawet całkiem niepotrzebnie ) jakiegoś wychowanka, jeśli tylko widziałem, że bardzo się tym gryzie i autentycznie szuka z tym wychowankiem jakiegoś sensownego porozumienia. Nawet, jeśli to uczynił  tylko dlatego, że po prostu puściły mu nerwy, a więc –  z pewnej psychicznej słabości, to jeszcze za mało, aby przekreślić jego całą, dotychczasową pracę, zwłaszcza jeśli  nie zrobił tego perfidnie i złośliwie, ale po prostu – odruchowo. Jest bowiem prawie pewne, że w takim przypadku, wcześniej czy później wszystko znowu wróci do normy. Wychowawca szybko odzyska nadszarpnięte zaufanie i będzie dalej skutecznie pomagał swemu podopiecznemu i troszczył się o niego jak dobry ojciec. Zbyt surowe ukaranie takiego wychowawcy , albo dość pochopne wyrzucenie go z pracy mogłoby się okazać w efekcie  rozwiązaniem bardzo krzywdzącym i niekorzystnym zarówno dla pracownika, jak i jego wychowanka.          Dla mnie prawdziwym problemem byli natomiast tacy  pracownicy, którzy wyraźnie okazywali swoją wielką radość,  w każdym przypadku uderzenia wychowanka. Nawet jeśli było to tylko niezbyt bolesne pacnięcię w plecy –  które jednak wywoływało  jakąś dziwną emforię i satysfakcję z tak łatwego  pokonania „przeciwnika”, i jeśli  prowadziło  ono do tych jakże niskich przechwałek, typu  – „ale mu do...”, „ale mu przy...”, itp. – to zawsze rodziło się we mnie niepokojące pytanie  – co ten człowiek tutaj robi? Nasi wychowankowie nie mogą być przecież nigdy traktowani jak wrogowie, a nasza praca nie polega na ich tłamszeniu i poniżaniu.  W takich ludziach dostrzegałem po prostu jakichś rodzący się sadyzm i dlatego uważałem, że nie nadają się oni do tej pracy i to właśnie tacy pracownicy naszych zakładów, kwalifikują się do jak najszybszego zwalniania.

           Czasem się zdarzało, że przychodził do mnie jakiś wychowanek, najczęściej podpuszczony przez swoich kolegów i dość oficjalnie (czasem nawet na piśmie) zapowiadał złożenie skargi na jakiegoś pracownika, gdyż ten go uderzył. Jako dyrektor, oczywiście nie mogłem takiej skargi nie przyjąć, i nie mogłem jej zlekceważyć. Wychowankowie mają bowiem prawo do formalnego  składania swoich skarg do różnych instytucji, w tym także do dyrektora.

          – Jak się zachować w takiej sytuacji? Patrzyłem na wzburzonego wychowanka i zadawałem sobie w myśli to trudne pytanie. Dla mnie – każdy wychowanek był zawsze kimś bardzo ważnym. Ale  ważni są też moi pracownicy. W takich trudnych sytuacjach nie można działać zbyt impulsywnie, ani pochopnie, bo skutki mogą być potem nieodwracalne. Starałem się więc przede wszystkim doraźnie uspokoić wychowanka i dokładnie zbadać taką przykrą sytuację. Potrzebna jest wtedy szczera rozmowa nie tylko z wychowankiem, ale także z pracownikiem i ewentualnie z bezpośrednimi świadkami wydarzenia. Po dość wnikliwym i jak najszybszym  rozpoznaniu sprawy podejmowałem z wychowankiem miej więcej taką oto  rozmowę:

             – Jesteś nadal bardzo zły na tego pana?

             – Tak – odpowiada wciąż jeszcze zdenerwowany wychowanek.

            – I nie wycofujesz swojej skargi?

            – Nie!

            – A jak myślisz – czy ten wychowawca, który ci niedawno dołożył i na którego jesteś dziś taki wściekły, odwróci się na pięcie i odmówi ci konkretnej pomocy, kiedy będziesz bardzo jej potrzebował, czy raczej – nie?

            Chłopak zaczynał się wtedy głęboko zastanawiać i po chwili wahania przyznawał zwykle, że –  raczej nie. Okazuje się, że na tego wychowawcę, który tak ostro go potraktował może on jednak zawsze liczyć, a na chłopaków, którzy go tu podesłali – nie zawsze, albo wcale nie. To najczęściej ostatecznie przesądzało sprawę. Chłopak się uspakajał i  wycofywał skargę, wychowawca nawiązywał znowu normalny, albo jeszcze cieplejszy z nim kontakt, a ja nie musiałem oficjalnie interweniować. Oficjalnie – bo prywatnie, trzeba było czasem zdrowo ochrzanić pracownika za takie nierozważne i zbyt ostre działanie. Co innego, gdyby jednak doszło przy tym do jakiejś tragedii, albo trwałego uszkodzenia ciała – wtedy takie polubowne rozwiązanie problemu byłoby na pewno nie niewystarczające. Na szczęście z takim przypadkiem się nigdy nie spotkałem.

           Zawsze, gdy tylko zdarzyło mi się osobiście uderzyć wychowanka (bo przecież nie powiem, że nigdy tego nie zrobiłem) –odczuwałem wielki dyskomfort i długo dręczyło mnie potem  poczucie jakiejś wielkiej  pedagogicznej klęski. Nie w każdym przypadku były to klasyczne wyrzuty sumienia, bo czasem w moim głębokim przekonaniu była to po prostu konieczność, ale to przygnębiające  poczucie klęski  i tak mnie w końcu dopadało nie dając spokoju.  Starałem się więc jak najszybciej (ale nie tego samego dnia, gdyż obaj byliśmy zbyt wzburzeni) nawiązać jakiś wychowawczy kontakt. Nie sztuka – chłopakowi przyłożyć –  sztuką jest jednak  sensownie i serdecznie z nim potem  porozmawiać.  Zwykle na drugi lub trzeci dzień, zapraszałem takiego pokrzywdzonego wychowanka  do pokoju i patrząc mu ciepło w oczy, stwierdzałem, że oto obaj przegraliśmy – obaj ponieśliśmy poważną  klęskę. Naburmuszony chłopak zazwyczaj  unosił wtedy głowę i w jego zdziwionych oczach odczytywałem takie oto całkiem normalne pytanie:

               – Obaj? Jak to obaj? , Ja – to tak, bo oberwałem, ale jaką klęskę poniosłeś ty ... (i tu by można wstawiać różne, niezbyt sympatyczne słowa)?

             – Tak – przegraliśmy obaj – powtarzałem z widocznym przekonaniem – bo Ciebie dręczą nerwy, a  mnie boli... serce.  Jest mi bardzo głupio i przykro, że Ciebie –  takiego starego konia, którego przecież na co dzień lubię i szanuję –  musiałem wczoraj  tak ostro potraktować.

            Zwykle następowało wtedy jakieś wstępne rozluźnienie owej  sztywnej atmosfery i zaczynała się rozwijać coraz cieplejsza rozmowa, po której zwykle podawaliśmy sobie ręce i wychodziliśmy z pokoju jak ludzie sobie życzliwi,  a nie jak wrogowie. Jestem głęboko przekonany, że taka rozmowa ma swój wielki pedagogiczny sens. Jest ona bardzo potrzebna, a przy okazji  jest to także znakomita  psychoterapia zarówno dla wychowanka jak i wychowawcy.

                                                                                                               

           Na zakończenie tego kontrowersyjnego rozdziału powiem może tak – ja się wcale nie upieram,   że w tych swoich szczerych aż do bólu  rozważaniach, na temat stosowania siły fizycznej w pracy z młodzieżą społecznie niedostosowaną mam stuprocentową rację. Może tej racji mam dosyć dużo, a może całkiem niewiele. Znakomity pedagog, powszechnie uznawany za ojca polskiej resocjalizacji – Czesław Czapów, będąc kiedyś gościnnie w naszym zakładzie powiedział tak – „są tacy wychowankowie, których jeśli się nie kopnie w d..., to nigdy nie dolecą do celu”. I rzeczywiście – są! Sam nigdy nie byłem i  nadal nie jestem  zwolennikiem traktowania przemocy, jako skutecznej i systematycznie realizowanej metody wychowawczej. Uważam, że może to być co najwyżej tylko  – środek doraźny i zaradczy. Najlepszym gwarantem bezpiecznego i sensownego jego użycia jest moralne przeświadczenie, że to my wychowawcy – tym zagubionym i trudnym chłopakom, mamy tu w zakładzie  – zastąpić jednocześnie ojca i matkę. To bardzo ważne przeświadczenie, a także poczucie wielkiej odpowiedzialności, zwykle bardzo mocno nas zobowiązuje i skutecznie chroni od poważnych nadużyć i karygodnych błędów, także tych bezpośrednio związanych z tytułem niniejszego rozdziału. Ani dobry ojciec, ani dobra matka – nie chce przecież swemu dziecku zrobić żadnej dotkliwej krzywdy, co wcale nie oznacza, że nigdy nie użyje wobec niego siły fizycznej, jeśli zajdzie taka właśnie przykra potrzeba.

 

 

 

 


 

 

 

 

 

 

 

 

 

 


Dodaj komentarz, wszystkich (0):

Są tu m.in. skróty

kilku rozdziałów

z moich książek:

"Za murami poprawczaka"

i "Z rodzinnego gniazda" 

  

Jesteś gościem na mojej stronie Dziękuję za zainteresowanie i do miłego, nowego spotkania w internecie lub w realu , aktualnie gości online